czwartek, 17 maja 2012
Ostatek podróżniczych notatek.
W sercu Olomouci.
Podczas festiwalu w Cieszynach (PL/CZ) słońce nastawione na pełną moc. Uwielbiam krótkie spodenki, koszulki, ciało wystawiać na ciepło. W ostatni dzień festiwalu pogoda się jednak trochę naburmuszyła i jak już z ludźmi z Torunia dotarłam do Ołomuńca to się niebo przełamywało, coraz bardziej kaprysząc. Wyschły nam wszystkim gardła, tak duszno było, więc każdy marudził o piwo. Ja po jednym kuflu śmignęłam dalej, byłam ustawiona ze Świrem i jej synkiem.
Siedziałyśmy w piaskownicy a P. przynosił mi kamyki, całe ich stosy. Dziękuję, jakie ładne! Och! Świr zawsze taka roześmiana, pozytywna głowa, a teraz zmęczona, bo sama w tych Czechach siedzi a syn to istny diabeł, histeryk pierwsza klasa. Z nieba lunęło, gromy, apokalipsa. Świr zabiera synkowi łopatkę, nie jego, pożyczoną od dziecka obok, i mały diabeł w krzyk i pisk i tysiąc tych różnych dźwięków, które są nienazwane, ale można je wrzucić do worka z naszytym na nim napisem: darcie paszczy w niebogłosy. Gnamy z ryczącym dzieckiem i wózkiem przez zalane deszczem miasto, włosy przyklejają się do czoła, szukając schronienia. Po kwadransie już w cieple, mokre kury, kubek kakao. P. spokojny, bawię się nim w łaskotki. Śmieje się, ucieka na chwilę i zaraz wraca nastawiając się na więcej. Świr nieobecna, ale wszystkie informacje, które mi przekazuje, wbijają mnie w fotel, podłogę, głęboko w ziemię. Myślę sobie: po co się moje strachy o nią tutaj potwierdzają? A kysz złe duchy świntuchy! Mówię: wieczorem Ponorka. Dziś czwartek, będzie granie, jeden z tych magicznych koncertów. To na rozluźnienie. Piwo smakuje tam jak nigdzie!
Toruń narzeka, że jakoś tak z dupy te miasto zwiedzamy, bo nas wywiało na obrzeża i nie mogli zbytnio centrum pozwiedzać, bo złośliwa pogoda, tfu. Mówię: Ponorka wszystko Wam wynagrodzi, zobaczycie! Nie zawiodłam się, koncert był, zadrżałam z rozkoszy, dreszcze. To przecież coś zajebistego! Dziadki w wieku najstarszych polskich skansenów grają rock and roll'a z domieszkami jazzu. Najlepszy koncert całego wyjazdu, chociaż godna konkurencja - Julia Marcel! To też był ogień! Przed sceną jak zahipnotyzowana.
Spotkałam stałych bywalców, kryli się za piwem z gęstą pianą. Był chłopak, który trzy lata temu urzekł nas židlovým show (židle - krzesło), polegającym na wrzuceniu na siebie jak największej liczby krzeseł i przejściu z takim obciążeniem po całej gospodzie, robiąc po drodze przysiady. Kiedyś pracował w mojej ulubionej księgarni, do której chodziłam na komiksy. W Sylwestra powiedział mi, że przenieśli. Teraz, że zamknęli. Na jej miejscu powstało coś w stylu "wszystko po piątkę". Był też Wilk, do którego zawsze wstydzę się podejść, bo wtedy zaczyna się rozmowa o literaturze. Lubię o tym gadać, ale po czesku mi trudniej, nie umiem wyrazić wszystkich subtelności (zresztą zdarza się, że polsku też nie). Za każdym razem obiecuję sobie, że na przyszłe spotkanie się lepiej przygotuje! Wilk wymawia na koniec mój pokraczny adres email, nie myląc nigdy i nie przestawiając ani jednej literki, obiecując, że napisze. Nigdy nie pisze, ale ja też nie czekam. Może inaczej byłoby, gdybym czekała? Wiem, że zawsze go tam spotkam. Uściskamy się na pożegnanie. Do następnego. Przecież będzie!
W poponorkowy dzień ludzie z Torunia i ja przełazimy przez płot na teren boiska piłki nożnej i jemy śniadanie pod bramką. Karimaty, brzuchy w niebo. Aż robi się takie wietrzycho, że trzeba zmykać. Następna w końcu jest Ostrava!
Ostrava utonęła w deszczu.
Plany mamy wyśmienite. Spotkanie z kumplami, pójście do zoo, poszwendanie się po mieście i powdychanie industrialnych spalin. Wciąż jednak ten deszcz. Kropla za kroplą, bez ustanku, korale przezroczyste. Szukamy noclegu i tu zaskoczenie: ale drogo w takiej norze! W innej pokoje są, tanio jest, ale te dostępne są nieposprzątane a obsłudze się nic nie chce. W taką pogodę?!
Pół dnia szukania. Spacer jednak nam się udał! Po Tesco w celu zakupienia czekolad i piw a potem wokół sklepu, bo samochodu nie mogliśmy znaleźć. Ciekawe to nasze poznawanie Ostrawy, offowe, nietuzinkowe - mówię, zagryzając czekoladą, bo jakoś spadek ciśnienia, cukru, chęci do życia. Blokowisko, mlecze i deszcz a my pod dachem jakiegoś dziwnego tworu, bryła ciężka, przemysłowa, zastanawiamy się, co dalej. Nieśmiało idziemy myślami w stronę Polski. Tu tak mokro! Jul. mówi: do Torunia! Pokażemy Majce tak Toro tak jak ona pokazała nam Ołomuniec!
Toruń za kulisami.
Doris i Jul. się naprawdę postarali i wcale nie kłamali, gdy obiecali mi offowy Toruń, Toro, Toronto. Centrum znam, byłam tam nie raz, więc i tak nie było sensu bawić się w standardowe zwiedzanie. Poszliśmy więc przez las, gdzie bunkry, nad rzekę. Popatrz: tu piliśmy często, tu fajnie z piwkiem, a tam najlepiej na piwo i zioło. Tutaj golasy w podeszłym wieku piły szampana a tam rowerem na szaleństwo. Kupiliśmy po drodze piwo i siedzieliśmy, obserwując z nasypu główną drogę wypełnioną autami. Nie było jej tam kiedyś, sanki wtedy w ruch i super zabawa.
Wieczorem, późniejszym, do pewnego klubu, który uważany jest za najbardziej żulerskie miejsce miasta. Na wejściu wampirzyce, przerażające, brrr. Tata Doris: tam chyba były kiedyś publiczne toalety? Trochę jak nazistowski bunkier ten klub, ale nie wychylam się z tym zdaniem, bo widzę, że ludzie raczej skrajnie w drugą stronę. Ostre techno. Dj zszedł ze sceny na małe co nieco w kanciapie z wampirzycą. Siedziałam na drewnianym stole, sączyłam piwo, obserwowałam i słuchałam rozmów Jul. z sąsiadem na-stolnym. Jul. potrafi wyciągnąć wszystko! Okazało się, że Ł. zabił kiedyś człowieka. W kiblu na ścianie napis: Bardzo miły lokal. Piotr Fronczewski.
W stronę Poznania.
Telepie się osobówką. Przyjemny błogostan, spokój się we mnie rozlewa niczym orgazm. Sms'y od Raf., żebym wpadała na rozmowę. Nawet już nie myślę, czy to słuszne, czy powinnam (bo wiem jak takie rozmówki się kończą). Niech się dzieje, mam ochotę go zobaczyć!
Od września, gdy wyjechałam Matizkiem objuczonym całym moim dobytkiem ze Szczecina, nie mogłam wrócić do miasta złotówek, wuchty, tej (można i w innej kolejności). Może wybierałam nie tę spółkę, gdy ładowałam się do pociągów? Osobowym dotarłam w całości, jak nigdy ciesząc się na to stare, dobre Poznanicho.
I teraz, gdy poczułam to miasto w sercu, wiem, że to znaczy jedno: zaraz mnie gdzieś znów wyrzuci, bo nie chcę tu całe życie. Nie wyobrażam sobie. Za dużo tego świata, żeby tak siedzieć tylko tu.
niedziela, 13 maja 2012
Docierając do.
- Dokąd jedziemy?
- Wciąż do domu.
(Novalis)
W podróżowaniu najbardziej lubię przemieszczanie się, w ruchu bowiem odnajduję sens życia. Lubię nic nie myśleć, patrząc na innych, nieznanych mi ludzi, na obce krajobrazy. Czuję wtedy piękny niepokój. W drodze nie ma wyznaczonego celu. Sama istota podróżowania nim jest. Chodzi o dreszcz i o zaskoczenie. O to, że coś nie jest oczywiste. Nie lubię mieć planu, wolę na gorąco, z adrenaliną.
Przemieszczać się zaczynam dzień przed wyprawą. Nie chodzi o pakowanie, które na szczęście za każdym razem bywa coraz mniej męczące, bo następuje automatyka ruchów. Wszystko na szybko, wrzucić do plecaka, co trzeba i załatwione. W dzień poprzedzający wyjazd moje myśli są poza domem, są w innych światach, biegnąc niecierpliwie wszędzie, gdzie się tylko da, gdzie jest dostęp. Do znanych z książek, filmów, internetu, miejsc. Słucham muzyki, patrzę przez okno. Piję piwo. Jedno, tak bardziej na sen, zamulenie, spowolnienie ruchów. Inaczej nie zasnę, bo myśli nie wrócą z odległych krain.
Rano, przy myciu zębów, czuję się odświętnie. Na błysk! Podmalować rzęsy, podczesać włosy, strzepać z butów niewidoczny kurz. Wrzucić na siebie plecak, objuczyć. I w świat, otwarty oraz szeroki. Miękkie nogi, serce drży.
Kupuję bilet na pociąg i całość staje się nieodwracalna. Czasem kawa i to należy do moich małych przyjemności, poranek kwitnie. Wsiadam w pociąg, miejsce byle gdzie. Panorama okna. Po co ludziom telewizory? Niech wsiadają w pociągi, wyruszają w nieznane i patrzą przez szybę. W mieście to widać w tramwajach i autobusach. Te zdziwione, zamyślone twarze. Obserwacja tego, co na zewnątrz, oddalając się od środka.
Napalam się na przygodę przecież już w niej tkwiąc. Nie ma do końca znaczenia, gdzie dotrę i kogo spotkam. Ruch! Marzenia o. Strachy, że szybko się coś skończy (należy się im nie poddawać). Nigdy się nie szanuję, nie wsłuchuję w potrzeby organizmu. Intensywność działań, bez mówienia stop, bo tu i teraz nigdy się nie powtórzy, zaraz umknie.
Rzeki, jeziora, lasy, góry, morza, mosty i miasta. Wszędzie można odnaleźć klimat i piękno oraz wspaniałych ludzi. I popaść w zachwyt. Zastanawia mnie zamaszystość uczuć, że nie potrafię powstrzymać dziecięcej radości. Skąd? Podobno życie jest wolne dopiero wtedy, gdy nie ma w nim miejsca na pragnienia. Trudno mi sobie wyobrazić wolność w tym kontekście.
Powrót jest częścią dopełniającą. Uroczyste zamknięcie. Padam ze zmęczenia, w głowie zawrót i huk. Myślę, rozdrażniona i niewyspana, że już po raz ostatni w tym miesiącu gdzieś gnam i, że musi nastąpić czas stagnacji, samotności. Potem nagle odzew ze świata zewnętrznego (sms, mail, telefon) z propozycją nie do odrzucenia i zapominam o wczorajszych założeniach, wpadam ponownie w wir. Nie mówię "nie", gdyż nie umiem odmówić przede wszystkim sobie.
Lubię powroty do znanych mi miejsc by poznawać je głębiej, oswajać (jak Mały Książę lisa). Lubię wracać do ludzi, których kocham, którymi się zachwycam. Nie muszę odhaczać kolejnych miejsc na mapie świata dla samego bycia gdzieś, dla samej egzotyki nazwy. Nie mam potrzeby poszerzać kręgów swoich znajomych, chociaż wyobrażam sobie, że jest wielu takich ludzi, których nie poznać to grzech. Wciąż trafiam na jednostki, które "czuję" od razu, widzę w nich porozumienie. Nie umiem się nie zakochać w człowieku.
W wyobraźni przemierzyłam już całą Ziemię, zahaczając o księżyc i zapuszczając w dalsze części kosmosu (np. wraz z Lemem).
Wielu podróżuje, czytając i czasem taki rodzaj przemieszczania się jest głębszy niż zwiedzanie obiektów wspólnie z kieszonkowym przewodnikiem. Każde miejsce ma swoją przeszłość, która, znana nam, przybliża obce.
Powracam do miejsc, jednocześnie coraz bardziej się do nich zbliżając. Nasuwa mi się tutaj porównanie z uprawianiem miłości. Początkowe nieporozumienie przemienia się w dojrzały dotyk, coraz bardziej odważnie zapuszczamy się w nieznane rejony rozkoszy. Pokonuję drogę od nieznanego mi zupełnie, obcego i ostrego, nieprzyjemnego miejsca do znanego, do którego chcę nieustanie przyjeżdżać, bo zakochanie, bo wiosna w sercu.
Czasami podróżuję by siebie poukładać, nabrać dystansu, zyskać szersze spojrzenie. Z takim zamiarem wyruszyłam do Cieszyna. Wiele tam było osób, więc starałam się zachować swoją suwerenność, samotność w grupie (te starania mogła dostrzec tylko Moń.). Był to odpowiedni czas wreszcie na ułożenie w sobie trudniejszych tematów (Raf., Szczecin i Poznań jako wieczne porównywanie, które nie pozwoliło mi całkowicie powrócić do rodzinnego miasta). Będąc wciąż z ludźmi, miałam możliwość na łagodne spojrzenie wstecz, bez autokrytycyzmu i samobiczowania. Spędzałam czas z osobami, które wiele dla mnie znaczą i potrafię się przy nich wyciszyć. Nad rzeką z Moń., drzemka w słońcu. Ze Sk. oraz St. na ławce, na rynku Cz. Cieszyna, jedząc lody i wymyślając największego rozmiaru głupoty. Widzimy się tak rzadko, ale to nieważne, bo gdy się spotykamy to tak jakbyśmy się pożegnali wczoraj przed pójściem spać. Uśmiech, roześmiane oczy, ciepło, przytulanie, dotyk. Serdeczność. Nie używamy ważnych, wielkich słów, czasem po prostu milczymy. Cieszę się, gdy u nich dobrze i do przodu, bo to tak jakby u mnie grało.
Podróż mnie zmęczyła, ledwo stałam na nogach. Wracając z Torunia pociągiem osobowym do Poznania, powracałam w końcu w pełni do tego miasta. W uszach Bach, ale nawet on nie był w stanie mnie pobudzić, poruszyć. Senność, ciężkość powiek. Czułam spokój. Dużo zrozumiałam w czasie dziesięciodniowej tułaczki. Pogodziłam się ze sobą w sosie szczecińskim, wybaczyłam sobie. To wybaczenie pozwoliło mi na normalne funkcjonowanie, na większy spokój ducha. Spotkałam się z R.. Leżymy, rozmawiamy. Zgodność myśli, niezgodność działań i uczuć(?). Nie mają znaczenia nazwy, określenia. Ta bliskość zawsze będzie, a to w co się przerodzi, czy to będzie wciąż miłość, czy przyjaźń, dobrze, nie ma znaczenia. Ważne, żeby był, żebym wiedziała, że jest zadowolony, coraz bliżej szczęścia.
Podróżowanie jest ożywcze, pobudzające. Uczy. Mnie nauczyło otwartości, przykład z podróżnego notatnika:
"W pociągu do stolicy. Wygrałam właśnie ze swoją nieśmiałością i nie tylko poprosiłam ciekawego (pociągającego?) z wyglądu mężczyznę o włożenie mojego bagażu na półkę, ale także o jego zdjęcie (gdyż jak zwykle zapomniałam wyjąć czegoś do czytania) i ponowne wrzucenie na górę. Jego stwierdzenie znam ten ból przyjęłam z ulgą. Bywało przecież tak, że przez całą podróż nie przeczytałam ani jednej strony ciekawej książki, która ciepło tkwiła w pieleszach plecaka, gdyż paraliżował mnie dogłębny wstyd i nie potrafiłam poprosić o pomoc żadnego mężczyzny z mojego przedziału."
Podróżuję... po co? (nie lepiej siedzieć na d. w domu?)
"Podróżować nie po to, aby dotrzeć do celu, lecz aby dojechać jak najpóźniej, aby nie dojechać - o ile to możliwe - nigdy." (C. Magris)
To też - tutaj potwierdza się to moje dziecięce podniecenie, czasem może nawet niezdrowe.
Ale jest coś jeszcze, może nawet ważniejsze: podróżować by powrócić.
czwartek, 10 maja 2012
Sen i jawa, niezła zabawa.
Dziś w nocy śniło mi się, że jestem na wojnie i zostałam postrzelona w kolano. Podbiegła sanitariuszka i wyciągnęła wielką piłę, całą zardzewiałą z postrzępionymi zębami. Zaczęła mi amputować nogę. Na żywca. Ktoś trzmał mnie z całej siły, żebym się nie wyrwała. Bolało jak jasna cholera, krew się lała jak w filmach Tarantino. Obudziłam się cała spocona a moje kolano znów śpiewało swoje żałosne pieśni bólu i rozpaczy. Patrzę na zegarek a tu 3:30. I dalej już brak snu, ale przyszedł kot i trącał mnie noskiem, domagając się czułości. Pomruczał, pobiegł, przybiegł, znów pomruczał i jakoś udało mi się podrzemać.
Niewyspana jednak nie rzucam gromami, chce mi się już tylko śmiać z tej sytuacji! I lekko mi mimo ograniczeń, więc śmiałam się pełną gębą, gdy koleżanka z pracy do mnie powiedziała: "No dalej Herr Flick, idziemy, idziemy!"
wtorek, 08 maja 2012
Ciesz się Cieszynem.
Nie wytrzymałam wczoraj i zadzwoniłam do Sk., żeby porozmawiać o kinie, podsumować tegoroczny cieszyński festiwal. W minionych latach było tak, że chodziliśmy wspólnie na filmy i rozkminialiśmy fabuły, dialogi, a najchętniej te największe abstrakcje. Od rana do wieczora łaziliśmy na film za filmem, czasem po drodze na szybki smażony ser, szybką kawę, byleby zdążyć na kolejną projekcję. Wtedy albo miałam więcej siły albo krótki czas pobytu mnie bardziej mobilizował. W tym roku odpuściłam, bo oprócz tego, że nie chciałam uprawiać kulturalnego konsumpcjonizmu (chociaż na takich imprezach nie da się od tego uciec), to też chciałam się nacieszyć obecnością ludzi. Poza tym jakoś tak trudno było mi się wkręcić. Wydawało mi się, że przygotowany program się rozłazi. Na początku kwietnia padła informacja, że pojawią się kryminały. To mi się spodobało, bo o takich filmach, zwłaszcza starszych, czy tych bardziej kiczowatych, można rozmawiać całą noc, wkręcając się w kolejne interpretacje na śmieszno, czy też z powagą rozprawiać o filozoficznych przesłaniach (o ile oczywiście takie można wycisnąć z jakiegoś filmu). Potem jednak zaczęli dorzucać kolejne "pakiety tematyczne" - o piłce, o Romach... i już nie wiedziałam jak to wszystko ugryźć. Obieranie strategii jest czasochłonne i trudne, bo zazwyczaj człowiek ma potrzebę być wszędzie i zobaczyć wszystko. Oprócz tego, że chce się iść na konkretne dzieło, bierze się też pod uwagę, czy ktoś inny nie idzie, żeby można jednak poza tym kulturalnym przeżyciem, dobrze się bawić, czy wspólnie się dobijać. Moja strategia zazwyczaj jest taka: odzucam polskie filmy, nosem kręcę raczej na współczesne. Najbardziej podniecają mnie stare filmy czeskie i słowackie. Z rana wybierało się węgierskie, bo te niszczą psychę i o 10:00 przyjąć na siebie taki kamień jest największym wyzwaniem (w tym roku jednak ograniczyli Węgry do dwóch filmów). Z Sk. dobrze mi się chodzi na filmy, chociaż różnie między nami się układa i ta relacja jest jakaś dziwna (z czego to wynika totalnie nie mam pojęcia, bo w wielu kwestiach mamy podobne zdanie a poza tym podobną wrażliwość). Na Kinie na Granicy jednak zawsze układało się między nami dobrze i dlatego też co roku się na to wydarzenie cieszyłam, bo towarzystwo mądrych i dobrych ludzi, z którymi czuję się sobą i bez ciśnień, jest zawsze wskazane. Jednak tym razem jakoś nie udało nam się zgrać. Ja bardziej z Moń., on raczej sam czy też ze swoją dziewczyną i zabrakło mi naszych pogaduch.
Wczoraj telefon ze spaceru, słońce i zieleń, ale bez odbioru i pomyślałam, że chyba się mu zrobiło przykro. Smażę jajecznicę i to był dla niego odpowiedni moment, oddzwonił. Godzinę później jajka na zimno, ale wspólnie podsumowaliśmy festiwal i okazało się, że to nie moje schizy i odbiór tegorocznego KNG jest podobny. Kasa się kończy, filmy trudno zdobywać, mało kto z urzędników miejskich się interesuje tym wydarzeniem, chociaż z roku na rok ludzi przybywa (z egoistycznego punktu widzenia: szkoda, bo tłumów nie lubię) i program na szybko, poupychać to, co się udało zdobyć. Na zakończeniu, na którym już nie byłam, gdyż pognałam do Ołomuńca, powiedzieli, że jest duża szansa, żeby w przyszłym roku festiwal się powtórzył, ale to zależy od sponsorów. Pieniądze unijne już mikroskopijne, kończy się za rok to wsparcie. Zastanawiam się ile wydarzeń kulturalnych upadnie, gdy to dofinansowanie zostanie zamknięte. Trochę ze smutkiem.
Oczywiście padło pytanie o parę filmów (ciekawość opinii) i o faworyty. Dla mnie w tym roku wygrał Štefan Uher, słowacki reżyser (dwa lata temu też Słowak mnie podbił - Martin Šulík, coś jest w tych Słowakach, kocham się w nich z roku na rok coraz mocniej), zwłaszcza filmem Keby som mal pušku (Gdybym miał karabin). Opowiadał o dzieciach podczas wojny, pokazywał ich perspektywę. Film wygrywa głównie nienachalną estetyką, skupieniem się rzeczywiście na tym dziecku, dla którego posiadanie karabinu to fajna sprawa, bo zazdrość złapie jego kolegę, który wcześniej udowodnił, że obrzezanie nie boli odcinając sobie scyzorykiem napletek (więc zuch w oczach innych). Wojna ukazana jako dalsze życie, przystosowanie się do niedogodności na tyle by w miarę normalnie funkcjonować. Piękne fotografie, mocne kadry dopełniły całości. Do tego zamiast patetyzmu, dużo humoru. Tu się wzruszyłam. Nie umiałam się tak wzruszyć na laurkowych Lidicach, opowiadających o czeskiej traumie wymordowania wszystkich mężczyzn, wysłania kobiet do obozów a dzieci albo do rodzin niemieckich albo do sierocinców i zrównania wsi z ziemią (jak to pisał Ota Pavel: Niemcy nawet bieg rzeki zmienili, żeby ta część świata totalnie zniknęła). To była kara za zamach na Heydricha. Dwóch spadachroniarzy zostało powiązanych z tą właśnie wsią i tak właśnie Lidice zniknęły z mapy. Jak na Czechów patetycznie, ale i tak mało o samej tragedii, opowieść potoczyła się wokół wydarzenia, skupiając na zwykłych ludziach (niewątpliwy plus). Zresztą nowe filmy czeskie, jak to stwierdził Sk. kręcone po europejsku (z rozmachem, technicznie piękne, ale narzucające stylistyką emocje), nie przemawiają do mnie. Lubię, gdy reżyser nie mówi wprost, jedynie zostawiając podpowiedzi. I o poważnych tematach z lekkim przymrużeniem oka, chociaż to nie zawsze, bo to udaje się tylko nielicznym (Czechom, Słowakom, Skandynawom - Sztuka płakania!!!). Uważam, że taka postawa wobec widza jest najbardziej fair a nie wrzucić wszystko, największe tragedie, do jednego gara, żeby łatwiej zamknąć opowieść (to odnośnie nowego Bohdana Slámy, który może być polskiemu widzowi znany z Dzikich pszczół, Szczęścia, Wiejskiego nauczyciela) np. poprzez śmierć. W Cyganie Šulíka ta ostatnia scena śmierci była lżejsza w związku z tym, że nagle przez kadr przeszedł struś, a więc życie dzieje się dalej (chociaż Sk. stwierdził, że to podważyło całą opowieść, która miała przybliżyć Słowakom Romów; tak na marginesie: ponoć Romowie niechętnie odebrali ten film). Ten struś wynikał z wcześniejszych wydarzeń, nie pojawił się tzw. z dupy.
To nie o wszystkich filmach, nie da się, ale jak to na jednym wstępie do filmu padło: możemy porozmawiać o tym później, we foyer.
niedziela, 06 maja 2012
Poniewierka.
Mama Doris: " Szczęśliwej podróży i znośnego powrotu do rzeczywistości".
Pranie wstawione. Z dworca odebrała mnie zacna ekipa: Ag. (Szczęść Boże dla niej za to, że zrobiła mi zakupy), B. i Janusz (białe autko). Obiad odhaczony. Dla odmiany (piwo, ser, piwo, ser, czekolada, rosołek na kaca) makaron z mozzarellą, oliwkami i pomidorami. Dla zabawy i ciekawości smaku dorzuciłam garść słonecznika i orzechy laskowe, posypałam kiełkami lubczyka, dokroiłam plasterki ogórka gruntowego. Świeżość buchnęła mi z talerza w twarz. Do tego herbata Roibos i żołądek zaczął mnie znów nieśmiało lubić.
Jutro w pracy będę miała podobny zestaw obiadowy i już to wiem, nastąpi kontrola jakości. Nie dość, że jakieś dziwy, to, o zgrozo! panie b. widzisz a nie grzmisz, będę miała biały makaron, który pójdzie mi w boczki i będę tłustą świnią. Dziewczęta, gdy są na diecie, zwłaszcza ten typ (lubimy stereotypy), wciągają w tę dietę cały, otaczający je świat. Każdy powinien stosować się do reguł zdrowego żywienia i omijać szerokim łukiem pewne produkty. Jeżeli się one pojawią, zostanie to skomentowane. Broń b. nie wkładać na talerz zbyt dużo towaru, bo jesteś zwykłym grubasem i już nic niestety cię nie uratuje. Wyjątkiem są specjalne sytuacje, które czci się tortem bądź cukierkiem. W mojej pracy każda okazja jest świetnym tematem na słodkie. Imieninki, urodzinki, pierwszy dzień wiosny uśmiech radosny, każdy powinien go mieć (w buzi, czekolada, orzech, miód przepełnia podniebienie). Mnie cukierki nie ruszają, więc ich w siebie nie wpycham, ale to nie jest mi odliczane od grzechów. Nie skreślą mi tego białego makaronu na poczet braku cukierków. Oczywiście, powiedziałam (ze śmiechem, ale używając przy tym, sowicie, rynsztokowej poezji), że nie chcę codziennie słuchać komentatorów jedzeniowych, bo mnie to g. obchodzi, co według nich mam jeść a czego nie. Maniakalne zainteresowanie moim pożywieniem wzrosło, stało się codziennością i pogłębiło o testowanie i grzebanie widelcem. Nawet fakt, że jem obiad dwadzieścia minut a nie, że wpycham na raz w sekundę, rzutuje cień na mój talerz. "Grzebiesz jak kura w piasku, po co jesz rzeczy, które ci nie smakują?!" Itp. Itd. Każdego dnia. Już rytuał.
Ten temat dziś wjeżdża na tapetę, gdyż nastawiam się psychicznie na mówienie tych złośliwych zwierząt do mnie, do ich zadawania pytań. Już się tym męczę, ale niestety nie uda mi się opracować żadnej zmyślnej strategii jak to uniknąć: słów, wzroku, jakiegokolwiek zainteresowania. Jak powiem: nie mówcie, bo jestem dziś (za Świetlickim) kurwa nieprzysiadalna, obsesyjnie będą zadawać pytania i w tym utonę. Lepiej chyba wszystkim odpowiedzieć na spokojnie i w kolejne dni zapaść się w sobie przed ekranem komputera, schować za nim totalnie. Bo zniknąć, nie zniknę. Nie stanę się też transparentna. A po wyprawie dziesięciodniowej, pełnej ludzi i przeżyć, włączył mi się tryb gburzasty i sram na pogaduchy z ludźmi z pracy.
O wyjeździe jednak chcę napisać, to na pewno. Marzą mi się takie w najbliższych dniach i tygodniach notki za notkami, gęsiego. Chcę chociaż raz zapisać chwile cieszyńskie, gdyż przyszłe Kino Na Granicy stoi pod wielkim znakiem zapytania. Miasto kręci noskiem, kurek z pieniędzmi powoli się zakręca. Nikt nic nie wie, ale plotki o zamknięciu imprezy się pojawiły.
Dziś tylko chcę wyjaśnić tytuł i znikam, bo ledwo siedzę, ledwo widzę, a pranie już dochodzi.
Poniewierka padła z ust Jul., chłopaka Doris. Nie mógł spamiętać nazwy ołomunieckiej gospody Ponorka (dla niewtajemniczonych: łódź podwodna po czesku). Jego słowo idealnie pasuje do tego miejsca, o którym zawsze mówiłam: Jdu se ponořit do moře piva. Nie wyjść sponiewieranym z Ponorki to tak jak nie być tam w ogóle.
Ale o tym i o innych przygodach już niedługo.
Tymczasem ahoj. Mějte se pěkně. Čusík pusík!
czwartek, 26 kwietnia 2012
Voyage, Voyage.
Już to czuję, gorączkę przed wyjazdem (nie muszę żreć nic na pobudzenie, to na pewno) i olewam obowiązki (ang., na którym mam możliwość spotkania tak młodych ludzi, co to jeszcze piórniki w plecaku noszą!).
Pakowanie (będzie garówa, więc szorty i sandały, ale też nocleg w szatni lodowiska, więc ciepłe skarpety po samą szyję). A potem idę po piwo do sklepu. No i chleb, pasztet, bo to na wyjazd. I mleko, bo Jot. ma wpaść, więc trzeba go ugościć. Mamy wymyślać piosenkę kościelną. Mam nadzieję, że ją zagra w niedzielę wraz z wiernymi (staruszkami, które uczył śpiewać, bo fałsz szedł przez kościół, zwłaszcza z tylnych rzędów).
Plan jest następujący (już go przeżywam):
Wsiadam w poranny pociąg do stolicy, do Moń. i Mać., potem kierunek: Cieszyn (samochód, więc muszą być jajka na twardo, bo to zestaw standard), następnie do Czech (to po festiwalu, za jakiś tydzień).
Nie mam żadnych innych planów, nawet nie wiem, gdzie w tych Czechach spać będziemy, ale nie chce mi się za bardzo myśleć. Będzie co będzie. Intensywnie i wspaniale (dobry lek na zapomnienie) - nie obiecuję notki, bo może być nawet tak, że przytłoczona wrażeniami nie będę w stanie.
A w Poznaniu zieleń, ja cię kręcę, że aż mi zawirowało w głowie. Rowery, biegacze i pieseczki. Jeden to nawet w kałużę się uwalił, i jęzor na wierzch. A potem właściciel do niego: "Maja, Maja, do nogi!" [każdy Cocker spaniel to Maja, no serio!]
Napisałam do Doris: zazdroszczę Ci Szcz., tam tak pięknie, magnolie itp., itd.
Odpowiedź: "bez przesady z tym pieknym Szczecinem kupy na chodnikach byly sa i beda :P w centrum jebie zulem a jasne sa zajebane okna na redzie obsrane :P ale fakt Magnolie zaktwitly :D"
A wczoraj z Ag. (kierowca, listek klonowy) jeździłam Matizkiem i w końcu zrozumiała, czym jest kierownica bez wspomagania, co oczywiście nie zmieni tego jej histerycznego śmiechu w momencie, gdy pocę się przy parkingowych manewrach. I wreszcie uszczypliwość Raf.'a: "W zakręty wchodzisz tak jakbyś tirem jechała a nie matizem." stała się dla niej bardziej czytelna. Ag. załamana, chociaż nie było źle, tylko czasem, na zakrętach, momenty grozy. Ale na początku też byłam pipka, i co ze mnie wyrosło, pipka mniejszego kalibru, więc bez załamki, bo zawsze do przodu. Chociaż czasem jakiś znak, czy inny samochód stanowi przeszkodę...Ale porażki też trzeba zaliczyć, żeby wzlecieć pod same niebiosa. [dziś wygrałam Ag.! nie przebijesz! - konkurs na największy banał dnia, przyp. mm]
Ag. mi nie wybaczy, że napisałam o tych jej pierwszych próbach:) Ale to za tę zupę!!!
No to co, pakowanko?
Czas start!
poniedziałek, 23 kwietnia 2012
Maniury i inne bzdury.
Dziś dzień książki, z czego korzystam w mojej obecnie bardzo wesołej pracy, gdyż szefuńcio zadzwonił z oficjalnym komunikatem, aby nic nie robić (bo błędy, błędy, błędy). Ag. przesłała mi przez mejla Grę o tron, bo ja mam blokadę ściągania, i sobie czytam. Siedzenie przed ekranem komputera stało się bardziej znośne (chociaż szkoda, że najpierw zobaczyłam serial, bo teraz trudno się nie oderwać od narzuconej estetyki). A w ogóle to w Manior-busie wspaniała muzyka, największe złote (s)hity. Nie mogę wciąż znaleźć kabelka od ładowania mp4, więc jestem skazana na bus blues'a (właśnie koleżanka podsunęła mi oczywiste w sumie rozwiązanie, że mogę sobie taki kabelek zakupić). Do tego dorzućmy wszechobecny język fransua i moje sny w porannej podróży na pracowniczą wiochę stają się niezwykle intrygujące. Dziś co prawda nic nie pamiętam, bo sen jak kamień. Wczoraj z siostrą byłam na koncercie Anathemy i podobało mi się parę utworów, ale większą część przesiedziałam na kanapie, gdyż kolano nie pozowliło mi stać przez więcej niż dwie godziny, także przyswoiłam support a potem pierwszą część koncertu. W sumie cieszę się, że zagrali parę kawałków z mojej ulubionej, starej płyty, bo te nowsze to jakoś już nie dla mnie. Chyba wyrosłam z... po prostu zmieniłam zainteresowania:). Mogłam za to sobie poobserwować jak wynoszą ludzi, kórzy w tym ścisku i podnieceniu zespołem trochę utracili siły i posłuchać niezbyt zadowolonych z koncertu, ale podchmielonych i wesołych z powodu spotkania towarzyskiego, chłopaków z tejże kanapy. Na przeciwko mnie siedziała podstarzała metalówa. Ładna. Pozytywizmem buchała - więc starałam się siedzieć jak najbliżej, żeby się zarazić. No i chyba się zaraziłam, bo coś mnie trzyma i trzyma ten stan ostatnio. W jednej książce odnalazłam Schopenhauerowskie twierdzenie, że są dwa wyjścia - albo samotność albo wulgarność. To drugie jest antonimem głębokiej duchowości. Pomyślałam więc, że mój duch już niemalże oficjalnie skrzeczy, co doprawiam ostatnim stwierdzeniem S., że jestem niedojrzała (to wtedy jak poszłam z nim na piwo przed Zielonymi Żabkami na Rozbracie i przy okazji dowiedziałam się wielu szczegółów z jego ostatnich rozpaczliwych prób rozkręcenia erotycznego życia). Już odrzucam zgorszenie: i kto to mówi? Bo to zgorszenie było po prostu obroną na niezbyt przyjemną prawdę. Dojrzewałam do niedojrzałości, w końcu stwierdzając, że przecież to dla mnie wspaniałe rozwiązanie i jak najbardziej sobie na to przyzwalam. Zwłaszcza, że wybrałam w sobie dzieciaka, uśmiercając tym samym nudnego starca. To po dwóch większych spotkaniach z siostrą, na których słuchałam jak to inni złe podejmują decyzje w swoim życiu, skazując się na cierpienie i smutek. Plus: ta dzisiejsza młodzież w ogóle się nie szanuje. Dziewczęta są teraz takie łatwe. Ja: a może chcą się bzykać bez opamiętania i oporów, bo to po prostu lubią? Siostra: to raczej smutna próba odnalezienia ciepła i bezpieczeństwa. Moje wytłumaczenie tego stanu przypisała niewielkiej liczbie panien, a dokładnie 1 procentowi tychże. No dobrze, dobrze, niech odrzuca swoje problemy na dalsze ich rozpatrywanie (znam przecież jak nikt te wszystkie sztuczki). Mogłabym powiedzieć, że nie moja sprawa, bo nie moja, ale coraz bardziej się o nią martwię. Ale już ciii, bo po sprawie z bulimią (mój taktyczny błąd) przez pewien czas nasze relacje się ochłodziły, więc nie chcąc wracać do tego stanu, po prostu będę jedynie słuchaczem na tych naszych nieczęstych spotkaniach. Wracając do starca...to właśnie po tekście o ocenie młodzieży stwierdziłam, że nie można wpisać się w ten starczy etap, bo za szybko człowiek zgnuśnieje. Ostatnio też utwierdził mnie w tym kolega, który przez kilka miesięcy chwalił się, że ma dziewczynę dziewietnastkę, po czym nagle stwierdził, że jednak wiek robi różnicę i on nie chce być z kimś, dla kogo jedyną życiową podjarką jest koncert Coldplay. Pomyślałam wtedy, że dla niego podnietą był sam wiek tej dziewczyny, więc bezsensu, że tak ocenia i w sobie stanęłam murem za nią, nie komentując tego w żaden sposób, bo też mój komentarz wiele by w życie kolegi nie wniósł. Niech już sobie znajdzie kogoś dojrzalszego, ona oczywiście:) Różnice wiekowe długo ostatnio były na tapecie. Pojawiły się też wzmianki w ten weekend o różnicach edukacyjnych, że powodują przepaści między dwiema osobami, które postanowiły być ze sobą bliżej. To też odrzucam, bo znając parę jednostek bez dyplomów i dość silną grupę z dyplomami wszelakiej maści, stwierdzam, że zdobycie dyplomu albo psuje człowieka na tyle, że przestaje myśleć, albo do jego zdobycia skłaniają się jednostki w dużej mierze bezmyślne (mogłabym tu świecić przykładem, ale jako że odrzuciłam nudnego starca, nie zrobię z siebie tym razem kozła ofiarnego). Raf. mi kiedyś powiedział, że za mało we mnie krytycyzmu wobec innych i niedługo się pogubię w tych wszystkich zachwytach nad kolejnymi osobami, które spotkam na swojej drodze. Padła wtedy bodajże metafora żuka gnojarza, który toczy tę swoją kulę przez życie i zbiera po drodze kolejne warstwy gnoju. Dlatego też zmieniłam taktykę i w Maniurach się mało zachwycam, co jest naprawdę pożyteczne i przyjemne. Nikt mnie tu poważnie nie traktuje, wszyscy wiedzą, że nie podejmę żadnego tematu serio, więc też dystans zachowany jest. Ale wciąż też mam wrażenie, że w Szcz. miałam większe powody do zachytów. Wczoraj zadzwoniła roześmiana Doris z planami na po Kinie na Granicy i muszę stwierdzić, że uwielbiam to jej dziecięce napalenie na różne projekty, bo to znaczy, że mam swojego kompana od najdzikszych planów do wykonania. W sumie jakby nie było, większość moich ziomków to nie nudni starcy, a właśnie dzieciaki do cna przeszyte niedojrzałością (i sporą ich część spotkam na Kinie, ach, nie mogę się doczekać). I właśnie teraz doszło do mnie, czemu w Maniurach czuję się elementem wyciętym z innego świata! No już nie chodzi o to, że to są mieszczuchy na sto pro, ale też właśnie ten starzec pobrzmiewający z każdej strony...Tak, tak, to właśnie to. A z Doris na Ostrawę szturmem, więc będę miała materiał na miejskiego bloga, moje i Moń. wspólne dziecko. Jakoś w maju zapodam linka, teraz damy mu trochę czasu na rozwój, żeby się wbogacił w dużą liczbę ciekawych treści. Aha, i dziś na obiedzie, moje plany na emeryturę podbiły współtowarzyszy. Powiedziałam, że wyjdę za mąż za górala, kierowcę tira, będę żyła w górach i nosiła wodę w dzbankach (z kozami za dużo pitolenia się) wszystkim gazdom, którzy będą umilać mi czas, gdy nie będzie męża (to też dobrze wpisuje się w moje marzenie o haremie). Tym pozytywnym akcentem kończę, bo czeka na mnie przecież praca:)
sobota, 21 kwietnia 2012
"Full speed or nothing"
Wczoraj nocne zwiedzanie poznańskiego Zamku (spektakularny i monumentalny - tak według pana przewodnika) rozwinęło się o wieczorne piwo. Wpadła moja pierwsza przyjaźń Ksi., z którą kiedyś zawojujemy świat, bo obie zdecydowanie nie umiemy usiedzieć na miejscu. Poza tym w swoich głupotach rozumiemy się bez słów. Po prostu dużo śmiechu, ruchu i beztroski. Zatrzymał się dla nas czas. Wymyślanie musicali, czy układy choreograficzne do piosenek Metalliki (Master of Puppets wyszło przepięknie - Ksi. była masterem a ja puppetsem, miałyśmy to odegrać na Sonisphere, ale nie jadę, bo urlop wykorzystuję na Kino na Granicy), nie mówiąc o wszystkich innych stworzonych przez nas światach w różnych formach (jak plasteliny, czy scenki rodzajowe, które ogrywamy na zupełnie poważnie), to odwieczny element naszych spotkań. Nigdy nie ma tak, że po prostu siadamy i rozmawiamy. To nie wchodzi w grę. I marzy nam się ruszenie w świat, żeby zwiedzać, pracując na swoje utrzymanie w różnych miejscach, wykonując przeróżne i dziwne zawody jak np. szorowanie pokładów jachtów bogatych ludzi (romantyczna wizja). Start w Wielkiej Brytanii, potem lot do Stanów i tam na południe, bo Meksyk i dalej, dalej, do Peru (moje marzenie). Chociaż może przed tymi całymi Amerykami jeszcze Europa by była. Mnie ciągnie Skandynawia i od dawna marzę o rowerowej wyprawie przez. Tylko, że na razie rower zakurzony na balkonie. Ale kiedyś ten kurz zetrę i wsiądę na moją białą strzałę (gdybyście tylko zobaczyli jaki piękny mam rower, szczęki by wam opadły, oko zbielało!). Uwaga śledzie, bo Maja jedzie! Ach!
Mi trochę znowu odświeżył się temat światowych wypraw, bo kolega ostatnio napisał, że już blisko tej swojej Norwegii jest, jedną nogą tam stoi a zdeterminowany chłopak przecież od dawna. Języka się dzielnie uczy. I w ogóle pełny profesjonalizm. Dla takich ludzi szacunek.
Zazdrość mnie złapała, ale nie w stylu: a niech ci się gnoju noga powinie, żeby tylko ci się nie powiodło! Tylko, że to taki dla mnie dobry przykład. Wzór teraz, co by się tak za mordę złapać porządnie, wymyślić siebie na ten zagraniczny świat i ruszyć z plecakiem. Odkładać pieniądze w pracy, gdzie papiery i cyfry zasłaniają prawdziwych ludzi i Vagabond! Chyża, naprzód!
Dla niektórych ludzi to głupota i zbyt duże ryzyko. "Będziesz żałował" - takie słowa wypowiadają bez zastanowienia, że nawet jeżeli ktoś jest zafiksowany na punkcie wyjazdu z różnych powodów (bo nie zawsze chodzi o podróżowanie samo w sobie), to może zaboleć, czy spowodować, że pojawią się wątpliwości. A przecież te ostatnie są normą w przypadku, gdy decydujesz się na wielki dość krok przekombinowania całego swojego życia, w którym zawsze panują pewne stałe elementy jakoś tam ubezpieczające i utrwalające nasze poczucie pewności. Po co tak podcinać skrzydła? To przecież fajne, że ktoś ma cel w swoim życiu.
Skąd takie wypowiedzi u innych? Czy chodzi o to, że zazdroszczą odwagi, bo sami by chcieli wyrwać się ze swoich złych stanów, ale nie potrafią, bo jednak to ciepłe i stałe? Czy może nie potrafią raczej powiedzieć - będzie mi Ciebie brakować, gdy tak wybędziesz?
I tu pojawia mi się w głowie wywiad z Najsztubem (można znaleźć go na Onecie, w zakładce "Facet"), który powiedział, że jak jest się z kimś blisko, serio blisko, nie trzeba widywać się z nim codziennie, wystarczy poczucie, że ta osoba żyje po swojemu i ma się dobrze. Wolność jednostki jest najwyższą wartością. Nie ma więc sensu zadręczać innego swoimi strachami i kompleksami, wkładając to na przykład w słowa: "Będziesz żałował."
Wydaje mi się bowiem, że żałuje się bardziej, gdy czegoś się nie zrobi. Nie mówię, że nigdy nie żałuje się zrobionego, ale ten rodzaj żalu można pokonać. Przechodzi się stadia bólu i dorasta do postaci z doświadczeniem, która już teraz wie, że nie można dotykać gorącego czajnika. A to niezrobione pojawia się jak refren piosenki, powtarza do znudzenia, wbija w głowę i nie chce opuścić, staje się męczące i niepokojące. Nie da się w tym momencie mówić o kilku fazach pokonania bólu (jak np. w żałobie) - przynajmniej mam takie wrażenie, bo psychologiem jednak nie jestem. I później przychodzi gorzkie: ach, jaka szkoda, że tego nie zrobiłam. Czemu się bałam? Czemu nie byłam wystarczająco silna? I czemu słuchałam innych jak serce wyrywało się do tego, żeby jednak zrobić to, postawić wszystko na jedną kartę, zaryzykować? Gdybym teraz, mądrzejsza o lata, które przeżyłam, wróciła do tego czasu...No cóż, dałabym radę!!!
I tak sobie myślę teraz, że zamiast czytać Paulo Coelho (no dobrze, uparłam się trochę na niego, ale jest on świetną metaforą wszystkich pisarzy, którzy tworzą pustozłotomyślowe książki do wycinania zdań i wklejania na ściany, do pamiętników, w mózgi), ludzie mogliby sobie np. posłuchać takiej Metalliki (-> odsyłam do Motorbreath, Nothing else matters, czy mojej ukochanej Wherever I may roam), z której dowiedzieliby się tego, co jest oczywiste, ale ludzie nie pamiętają na codzień, że życie ma się swoje, jedno i to od nas zależy, co z tym zrobimy. I należy ch. położyć na to, co inni mądrego mają nam do powiedzenia, bo nawet jeżeli mają rację, to ja chcę sama się na własnej skórze o tym przekonać, aby się wzmocnić i móc żyć dalej na wyższym poziomie "duchowym"/ "psychicznym".
I jeszcze dorzucę do gara myśli: może przez to, że każdy z nas jest inny to dla mnie samej będzie dobre to, co dla innego jest złe do kwadratu?
Więc taka uprzejma prośba (do siebie, do innych): zajmijmy się wszyscy swoim życiem, nie uciekajmy od niego w innych sprawy i problemy. Ludzie już sobie ze sobą poradzą. A jak nie? To się może zgłoszą i poproszą o pomoc, radę. I wtedy nie należy mówić: a nie mówiłam? Bo co to ma za znaczenie, co się mówiło, a czego nie? I czy ma znaczenie wtedy, czy któraś ze stron miała rację?
P.S. Można napisać całą blogową notkę, ale można też ująć to w jednym piosenkowym wersie (ale ja nigdy nie byłam mistrzem krótkiej formy):
Those people who tell you not to take chances
They are all missing on what life's about
You only live once so take hold of the chance
Don't end up like others, same song and dance
Pozdrawiam więc wszystkich odważnych i włóczykijów! <3
sobota, 14 kwietnia 2012
Uszczypnij, to sen.
Czasem tak bardzo pragnie się życia, że ma się ochotę umrzeć pod ciężarem tej namiętności. Nie można się najeść, wciąż jest się głodnym i zapycha się wszystkim, co wydaje się łatwe do zdobycia, co jest na wyciągnięcie ręki. Może właśnie dlatego tak wysoko wystrzelił poziom konsumpcjonizmu? - naiwnie zapytam. Zapełnić pustkę jest trudno, o czym chociażby przekonuje nas dobitnie bohater "Wstydu". Kino pozwala podejrzeć czyjeś strachy, być blisko kogoś tak zupełnie od nas innego (czyżby?), że aż stajemy się częścią postaci. Rozumiemy, czemu tak ona działa i nie rozumiemy, czemu pozostali bohaterowie filmu w ten sposób a nie inny (o ile bohater tego nie potrafi rozkminić). Rozumiemy, czemu z łatwością pieprzy wszystkie prostytutki, a nie potrafi mu stanąć, gdy obok kobieta, która jakoś jest bliżej niż inne. Skrajne emocje - głównie agresja, ale jak pojawią się delikatne łzy, ledwie zarysowane na policzkach, uciekam w siną dal. Pogarda dla osób, które rozpaczliwie szukają czyjegoś towarzystwa, które pragną się wpisać w jakiś sens poprzez innego człowieka (boimy się być sami ze sobą?), jest tak naprawdę pogardą dla własnych słabości (wszystkie emocje). Ciekawi mnie, czemu nie ma przyzwolenia społecznego na rozmowę o tym, co nas smuci i boli? Czemu niby mamy zawsze być twardzi i gruboskórni? Czemu chcemy być tak daleko od wszystkich a jednocześnie się do nich garniemy?
Odwieczna prawda - człowiek jest sam, dlatego musi się zmierzać ze wszystkimi problemami w sobie i tylko w sobie, pozostawiając siebie bez żadnych konfliktów dla innych, którzy pragną tylko uśmiechu a nie skrzywionej twarzy. Także człowiek jest sam. Jednak przy tym wszystkim nie musi być samotny, może kochać i być kochany. Bezinteresownie, najczystszą miłością, jaka może tylko istnieć. O tym też można się dowiedzieć z kina, w którym wygodnie podglądamy ludzkie tragedie i szczęścia z bezpiecznego dystansu wygodnego fotela.
Wystarczy pójść na "Nietykalnych", czy "Chłopca na rowerze". Właśnie w tych filmach najbardziej poraziła mnie czystość uczucia. Kobieta przygarnia do siebie chłopca, który jest tak mocno skrzywdzony przez innych ludzi, że trudno jej okiełznać tę jego dzikość, mimo że daje mu cały swój świat i zaufanie, zupełnie go nie znając. Chłopca wciąga świat ulicy, więc kradnie i bije, okłamuje swoją opiekunkę. Okazuje się jednak, że wystarczy dać znak - kocham Cię niezależnie od tego, że taki jesteś (i nie zadawać tych rozpaczliwych pytań: czemu taki jesteś? co ja Ci zrobiłam?) i można otworzyć całkowicie człowieka na siebie i pokazać jak działają pozytywne emocje. Jednak to nie w słowach siła, lecz w geście.
I tu film "Nietykalni", w którym wzruszająco jest pokazane, że człowiek z marginesu społ. ma uczucia, potrafi pomagać, o wiele bardziej niż "uczłowieczeni" po studiach z dyplomami, u których na ustach pojawiają się wyświechtane frazesy pseudo-humanitaryzmu. Podstawą jest szczerość. Odstawiamy na bok litość, bo to patrzenie z góry. I znów: całkowite otwarcie na drugiego. Bez odmieniania siebie przez wszystkie przypadki. Małe gesty: dzwoni telefon człowieka sparaliżowanego od szyi po czubki stóp. Jego opiekun, którego boi się cała ulica (zapewne nie jedna!), podaje mu telefon. To nie bezczelność. To urocze zapomnienie, że podopieczny jest całkowicie bezwładny i skazany na pomoc innych. Jesteśmy równi. I to wszystko opowiedziane bez nuty patosu.
Zawsze będzie walka w sobie, to chyba nieuchronne. Jednak wszystko jest kwestią postrzegania, może nawet nie samego świata i innych, ale siebie w tym świecie. I chyba już o tym mówiłam nie raz, że jeżeli patrzymy przez strach, to wszystko będziemy odbierać jako atak, więc uzbroimy się po szyję w ostrza.
Pytanie tylko jak dać sobie radę z naszymi strachami by całkowicie oddać się innemu człowiekowi? A przecież to gra warta świeczki. Stworzenie takiej bliskości, że nic nie ma znaczenia, nawet fakt, że wkładam swoją rękę w czyjś odbyt by pomóc się wypróżnić.
W takiej bliskości można się zawsze schronić i to bycie samemu na świecie już nie jest takie doskwierające. I wszystkie przytłaczające namiętności, z którym nie dajemy sobie rady, możemy sprawiedliwie rozdzielić, chociaż na chwilę.
niedziela, 08 kwietnia 2012
Pogromca duchów.
Trzy dni temu pierwsze urodziny kotka. Szalał za laserowym światełkiem, które dostał od A. Przedwczoraj B. obchodził 30-te urodziny i siedzieliśmy na ziemi w korytarzu, wszyscy mieszkańcy naszego przytulnego i chwilowo brudnego (znów moja kolej) mieszkanka, zapalając tyle świeczek ile każdy z nas ma lat do kupy (102 - wraz z Bydlaczkiem, czyli kotem). Jak się wchodzi teraz do nas to czuć silny zapach wosku. Będzie dużo zabawy z uprzątnięciem tego, tych wszystkich woskowych plam i linii, które jakimś cudem pojawiły się na podłodze. Była wódka orzech laskowy, whisky i zimne piwo, przekąski. Były pogawędki. Fajną mamy tu ekipę mieszkaniową, lepiej trafić nie mogłam. Wczoraj też A. miała urodziny, więc taka łańcuchowa seria, ale niestety musiała rano wsiąść w pociąg i pojechać w swoje strony.
Wstałam wczoraj z kacem, wyszłam na chwilę złapać świeżego powietrza, (długo) potem prysznic i tak mi wyschła cała jama ustna, że piłam tę zimną wodę, która na mnie leciała. Przyjemność do utraty tchu!
Mama zadzwoniła z tysiącem najbardziej denerwujących pytań, zawsze wybiera te sprawy, o których nie lubię z nią rozmawiać (według niej na żadne tematy nie lubię). I znowu padło pytanie, czy wpadnę, czy odwiedzę, bo wspólne śniadanie z rodzicami F. I obleciał mnie ponownie ten dreszcz połączony z niechęcią.
Moja mama nie rozumie, że temat mojego taty jest tematem dla mnie zamkniętym, bez nadziei na to, że zmienię swoje podejście. Naprawdę, i może to świadczy o tym, że jestem złym człowiekiem (ale jakie są kryteria i kto je wszystkie spełnia?), nie mam zamiaru czuć się odpowiedzialna za mojego rodzica, który jest ode mnie dwa razy starszy i na pewno przez to bardziej doświadczony. To on powinien się mną opiekować przez cały ten czas, gdy dorastałam i kształtował się mój światopogląd. Tymczasem on mi podcinał skrzydła i wszystkie słowa, które z siebie wyrzucił świadczyły o tym, że w ogóle nie powinno mnie być na świecie, bo jestem przesiąknięta złem i głupotą (spokojnie, nie zamierzam się nad sobą znów rozczulać). I od ładnych paru lat walczę z tym brakiem poczucia wartości, wrzucając siebie w najgłębsze wody, przekraczając kolejne granice strachu, żeby siebie sprawdzić. Wciąż jednak zapominałam o jednej (a przecież bardzo ważnej) sprawie: określam siebie stale poprzez innych ludzi.
To, że byłam z R. mnie określało jako pełnowartościową kobietę (niestety zdecydowana większość kobiet tak ma, że mężczyzna daje im to poczucie - kulturowe odchyły). I gdy w końcu ten element dokarmiający moje poczucie bytu, głębszego sensu, przestał dla mnie istnieć, pozostałam sama z tym pytaniem o moją kobiecość i moją wartość. Oczywiście, że pojawiły się też inne emocje, to naturalne i zdaję sobie sprawę, że przede mną cała droga przez kolejne etapy oczyszczania serca i głowy z miłości. Nazwałam to sobie roboczo psychiczną siłownią - czas poćwiczyć duchową formę. Jakby to powiedział bohater Seksmisji: nieźle tu to sobie wszystko urządziłaś, siostro! (z pamięci).
Szanuję R. i dlatego nie mam zamiaru odgrywać żałosnych scen z płaczem i groźbami, że się zabiję (bezsilność podpowiada różne nonsensy). Ten nastoletni etap już za mną. Uważam, że podstawowym prawem człowieka w życiu jest wolność. Dorzucam do tych słów szczęście, którego życzę wszystkim ludziom, nawet tym, których nie znoszę. Jak ludzie są szczęśliwi to kucyki pony, troskliwe misie i świat jest jak jedna wielka kolorowanka, która jest czule pobazgrolona przez młodego mistrza formy. [Tak, R. czyta mojego bloga, ale nie mam zamiaru przez to stwarzać tematów tabu - pozdrawiam!]
Za dwa miesiące strzeli mi 26 a więc tak naprawdę trzeba dorosnąć i postawić sobie chociaż jeden cel, malutki, żeby życie podniecało, żeby miało smaczek, mniam!
Wracając do telefonu mamy. Nie tylko ona mnie prosiła o to, żebym przyszła na świąteczne śniadanie, więc zebrałam się w sobie i poszłam, a serce waliło mi jak młot (bum, bum, bum). Mojego tatę zignorowałam, nawet nie odpowiedziałam na jego przywitanie (co wcale nie było dla mnie łatwe, chociaż pewnie wyglądałam wtedy na zimną sukę, ale w środku burza z piorunami). Nie jestem na takie coś gotowa i abstrakcją dla mnie jest to, że kiedykolwiek będę. A potem, już wieczorem, sms od niego z tym żałosnym argumentem, że kiedyś umrze. Miałam ochotę mu napisać: to teraz żyj tak, żebyś innych bliskich nie potracił. Ale skasowałam wiadomość od niego i nic nie napisałam. Nie chciałam, żeby ta odpowiedź sprowokowała go do lawiny sms'ów, po których bym poczuła do niego większą pogardę. Nie chcę dźwigać znów jego bólu, strachów i braku umiejętności przyznania się do tego, że ma się problem. Lepiej zapić robaka - tak mi ostatnio podpowiedział kumpel.
U rodziców F. poczułam się dobrze, gdy tylko tata poszedł do domu. Siedziało się i mówiło. Nie do końca słuchałam, byłam w swoim własnym świecie przemyśleń, ale i tak sam fakt przebywania wśród ludzi, którzy się kochają bardzo mocno, dał mi to poczucie, którego tak usilnie ostatnio szukałam, że życie ma swój sens. I bywa do szaleństwa piękne.
|
Zakładki:
Blogi
Fotografia
Szczecin
|