niedziela, 29 stycznia 2012
Monsiere Mattisse.
Rok temu, gdy jeszcze mieszkałam z R., w tym domku niedaleko jeziora i dojeżdżałam do nudnawej pracy tysiącem dzikich połączeń, a że kolano jeszcze było zdrowe, to chodziłam też dużo na piechotę, marzył mi się samochód. Wtedy to mój wujek powiedział, że kupuje sobie nowe autko i dostanę w spadku pomarańczową brzydotkę. Ucieszyłam się, jednak z pewnym zdziwieniem, gdyż wuj uważany jest przez rodzinę za sknerę i jest to raczej zasłużona łatka. Tym razem jednak mój kuzyn go jakoś ubłagał. Matiz był moim małym marzeniem przez miesiące trudnej zimy, gdy niecierpliwie dygotałam na mrozie, czekając na kolejne spóźnione autobusy. Nauczyłam się wtedy lekkiej śmiałości i łapałam innych na stopa. Nie musiałam długo czekać, nawet w radio wtedy nawoływali do tego, żeby zabierać zmarzniętych ludzi, czekających na przystankach. Ciekawe to były podwózki. Strasznie życzliwych ludzi spotkałam, moja wiara w człowieka się podbudowała. I te pogaduchy podróżne, małe rozmówki!
Pamiętam też dzień, w którym dostałam wypowiedzenie. Miałam pomieszanie w głowie, uczucie ulgi i strachu, a także załamanie, że jestem do d. I złapałam wtedy na stopa miłego faceta, który miał dom zaraz, za kilometr, ale nadrobił 10 i mnie podrzucił na ulicę, gdzie stoi dom R. Ostatni dzień roku. Powiedział mi, że pewnie będę miała ciekawy rok, pełen zmian. I ze smutkiem: cieszę się, że ten mój 2010 się skończy, bo był ciężki. Życzyliśmy sobie wytrwałości i spełnienia. Było to serio szczere, od serca. I rzeczywiście miał rację z tym 2011. Tyle się działo, taki totalny tygiel, burza śnieżna, burza piaskowa.
Ale Matiz! Cieszyliśmy się na niego z R. "Jak dostaniesz autko, zrobimy sobie wyprawę do Szczecina, bo to fajne miasto" - powiedział. Ja: "Nigdy nie byłam, chętnie". Ironia losu? Samochód został mi wręczony wtedy, gdy byłam już w Szczecinie i dzielnie znosiłam zmiany środowiska i mniej dzielnie te we mnie. Nie było wyjścia. Pojechałam Matizem do Szczecina. Tyle, że sama. Miałam w siatce suche bułki, litrową wodę. Odtwarzacz na kasety odtwarzał stare kasetki z lat szkolnych. Punkowe klimaty. To była ciekawa podróż. Sama gnałam, pełna podniecenia i obaw, czy dam radę. I ryczałam na tych wszystkich drogach piosenki z punkolami, zupełnie nie przejmując się tym, że widzą mnie inni użytkownicy drogi. To była moc!;)
Potem tym Matizem jechałam z wszystkimi rzeczami z domu R. Byłam poddenerwowana. W Gorzowie miałam stłuczkę, bo korki na godzinę stania i się zamyśliłam o tym moim i R. rozstaniu. Było ciepło, ludzie z południa jechali nad morze. Nie miałam większych konsekwencji, bo wszyscy w pośpiechu, żeby jak najmocniej wykorzystać to wolne. Potem za Gorzowem wzięłam dwójkę studentów, którzy ruszali skakać ze spadochronu do Niemiec. Okazało się, że z Poznania. Okazało się, że mamy wspólnych znajomych. Gadaliśmy o koncertach, o kulturze w Poznaniu. Uspokoiłam się, to było miłe. I tego dnia poszłam z A., z kolegą z pracy, oglądać pokaz sztucznych ogni na Wałach Chrobrego.
Lubię jeździć tym samochodem. Jest mój, powoli się do tej myśli przyzwyczajałam, teraz to mocno czuję. Przewożenie koleżance rzeczy, jeżdżenie po zakupy z Ag., nocne przejażdżki, przejażdżki w deszczu z Ksi. W Szczecinie z Ew. wyprowadzanie na spacerki, także nocą, lubię nocne klimaty, ciemności, pustki na ulicach. Ale lubię też, gdy na drodze się dużo dzieje, gdy trzeba myśleć, analizować sytuację, gdy dzieje się coś mniej oczywistego. Lubię się w tym przypadku uczyć nowych rzeczy. Takie autko na początek jest dobre, polecam.
Piszę o nim, może powinno być z większą czułością?, bo ostatnio zaliczyłam malutki wypadek. Wpadłam w poślizg na zakręcie, przydzwoniłam w znak (moja kumpela z pracy: uwaga łosie?), zmasakrowałam lekko to autko. Dzwonię do R.: "Słuchaj, co się robi, gdy się przydzwoni w znak??" (w głosie desperacja) R.: "Jeżeli auto może jechać, to jedź!" Potem z jednym panem, który odśnieżał chodniki ("Jak to się jeździ? Tak jeździć zimą?! - krzyczał, ale też był uprzejmy jak już się wykrzyczał, z jakąś życzliwością do mnie podszedł) odginaliśmy ten znak, żeby nie stwarzał zagrożenia. I zaraz wsiadłam w Matizka, ledwo dyszącego, i poczłapałam pod dom. Było rano, mrozicho straszne, ale już nie myślałam o wypadku, tylko, żeby zdążyć na autobus do pracy, bo odjeżdża z jednego miejsca o 7:00 a potem to do tego zadupia oddalonego od miasta 40 km trudniej się dostać. I w tym zapale, gorączce, podnieceniu (bo jednak jakaś nowość w ciągu dnia) zdążyłam. I cały dzień cieszyłam się jak dzieciak, że nic poważnego się nie stało, a tak czy siak ta sytuacja mnie czegoś nauczy (żeby nie jeździć jak rozgorączkowany świr).
A teraz mechanik go ratuje. Taki, można powiedzieć, mechanik rodzinny. Ponoć znów nie tak źle. A ja sobie podróżuję po świecie mniej intensywnie. I cieszę się, że Matizek przetrwał i czeka nas razem jeszcze dużo fajnych akcji, które potem będę na starość z łezką w oku wspominać. Prawie tak jak teraz, z tą jednak różnicą, że teraz bez łezki.
poniedziałek, 16 stycznia 2012
Nostoi.
Próbuję czerpać z własnych doświadczeń, że jak świat mi się rozsypuje na kawałki, to jednak myślę, że nie jest to ostateczne, że nie powinnam się poddawać myślom o szarym końcu, samobójczym ekstazom. Po prostu mam tak skonstruowaną psychikę. Jestem zbudowana w tak wadliwy sposób, na jakichś strachach, napięciach, traumach. To są zawsze te najskrajniejsze emocje, spadek w dół, lecę z szaloną prędkością, histerycznie. Chce mi się płakać, wielka gula w gardle. Zaciskam powieki, staram popłynąć wyobraźnią w miejsce, gdzie nie boli, gdzie nie ma tych złości i bezsilnych walk. W jednym serialu anime o niby duchach, niby bakteriach, wirusach (Mushishi), który w weekend pokazała mi Doris, matka mówi do córki: "jeżeli nie możesz zasnąć, wyobraź sobie, że jesteś wielką rybą i nurkujesz w oceanie". Czuję zimną wodę, dotyka mojego śliskiego ciała, widzę ten niedostępny ludziom świat, pełen przedziwnych barw, dźwięków oraz zwierząt. To działa. Powoli się rozluźniam, uspokajam. Ale jest na chwilę, bo nie umiem tak jak jogini odpłynąć dalej. Póki co są to krótkie dystansy. Może na dłuższe przebieżki przyjdzie czas. Widocznie powinnam to ćwiczyć, ten styl relaksu.
W weekend odwiedziłam Szczecin. Cieszyłam się jak dziecko, że wracam do tego miasta. W pracy nie mogłam usiedzieć na miejscu. Znowu mnie gdzieś gnało, siedziałam jak na szpilkach. A potem w pociągu, zbliżając się, czułam nadpływającą rozkosz. Starałam się skupić na każdej chwili przed wjazdem na Dworzec Główny, wiedząc, że jak już wjadę to nie będzie odwrotu, wszystko potoczy się tak szybko, że zaraz z bólem będę wracała. To miasto, którego w czasie pobytu jednocześnie kochając, nienawidziłam, kojarzy mi się z wieloma dobrymi rzeczami, których teraz mi brak. Wszystkie włóczęgi, rowerowe wyprawy, dużo ruchu, sportu, nieustające masakrowanie swojego ciała w przestrzeni cudownych zakamarków, opuszczonych przez ludzi, zapuszczonych w czasie, czy totalnie zielonej, górzystej, rzecznej. Świeżość, zieloność, intensywność - tego mi teraz brakuje, więc dopada mnie nostalgia. Więc tęsknię, pragnę. Chcę się zanurzyć w to miasto, chcę się po nim powłóczyć cały tydzień, tak jakby kochając się mega dokładnie i spokojnie. Dużo czułości we mnie do miasta róż oraz żurawi. Braki w Poznaniu są namacalne, wyłażą z chodników, elewacji, z ludzkich twarzy. Nie chcę się z powrotem zpoznanić. Nie umiem tu wrócić całkowicie, chociaż czasem wraca mi pozytywne uczucie do mojego pierwszego domu, ale wiem mocno, że już nie jestem stąd.
Można powiedzieć, że zakochałam się w Szczecinie pierwszą, dziecinną miłością. Nie widzę teraz jego wad. Kocham na ślepo, pełną piersią. Tak jak kocha się pierwszy raz, bez żadnych doświadczeń i naleciałości, bez totalnej dojrzałości emocjonalnej.
Nie wiedziałam zupełnie, gdy tam jechałam, że utracę swoją tożsamość, że nie będę wiedziała kim jestem. Czasem czuję się po prostu niczyja, jak bezpański kundel. To się zaczęło, gdy opuściłam dom z przymusu, bo nie chciałam patrzeć na mojego ojca jak się kundli, jak się rynsztokuje. I wtedy utraciłam swój zielono-niebieski pokój, swój świat, do którego mogłam się skryć. Potem jeździłam po wielu miejscach, nie umiejąc się zatrzymać.
Teraz boli mnie kolano, więc muszę się zatrzymać, muszę być spokojniejsza.
Ale nie umiem, za bardzo się rozpędziłam.
I gdy wróciłam ze Szczecina do miasta, w którym już siebie nie czuję i jest to wyraźne, upadł mój duch totalnie. Zapadałam się powoli, chociaż próbowałam walczyć z tym, co jest mi już tak dobrze znane.
Poszłam do poniedziałkowej pracy i poczułam znów klopsowatość życia. Tą szarą, powtarzalną masę. Bo codziennie dzień obraca się wokół małych przerw na posiłek, który międlę bez wyrazu i chęci, bo codziennie to samo. Te same smaki, te same zapachy. I nudne czynności. Czekam na koniec pracy, żeby znowu dopadły mnie koszmarne emocje. I tak to się toczy każdego dnia, chociaż jestem teraz silniejsza w wygrywaniu ze strachem, bezsilnością i smutkiem. Mam swoje małe życzenia, swoje mantry, słowa talizmany.
Dziś jednak średnio działały, więc zadzwoniłam do R. i wylałam z siebie cały potok słów: "jestem do dupy, nie mogę na siebie patrzeć, nie mogę się już słuchać, codziennie stek bzdur i tylko kopiuj/wklej, głupoty miernoty, nie wiem, czemu ci ludzie mnie lubią, przecież nie jestem nikim ciekawym, nie mam żadnych pasji, nic ciekawego do powiedzenia, tylko umiem być pajacem i żenującym krasnalem". R. skomentował: masz rację, jesteś do dupy!
I od razu poczułam ulgę, spuściłam powietrze. Czuję się lżejsza o to, co wykrzyczałam na siebie. R. już jest przyzwyczajony do tych moich załamań nerwowych, do tych zażaleń, gorzkich żalów.
Trzeba w końcu dorosnąć.
Według A. nie jestem bezpańskim psem, tylko jestem kocia, niezależna. Zwierzęce metafory wydają mi się dziś bardzo na miejscu.
Na koniec pociągowa złota myśli w stylu Paolo Coelho: "żywot jest ciężki jak stary chleb i śmierdzi jak śnięty śledź". Z lekkim przymrużeniem oczywiście (może Paolo też mruży oczy jak pisze te książki, co to są dobrą podkładką pod wszystkie kalendarzowe motta dnia?).
środa, 04 stycznia 2012
Higiena życia.
Pamiętam jak kiedyś jeden profesor powiedział mi, że należy uprawiać higienę czytania. Oznaczało to jedynie, żeby nie czytać masowo, a więc i nieuważnie, nie zostawiając sobie czasu na przeżycie i ułożenie tego, co się odebrało z konkretnej lektury. Wydaje mi się, że higienę należałoby uprawiać na różnych polach życia. Ja niestety o to nie zadbałam i teraz mam przesyt, zmęczenie organizmu. Moje ciało daje mi coraz wyraźniejsze znaki, że jest zmęczone. Za dużo ludzi wokół. Zbyt wiele wyjazdów. Zbyt mocne rozczłonkowanie się na różne światy. Każdy bliski mi człowiek to jeden wielki, niesamowity świat, ale mieszanie ich wszystkich przez ostatnie pół intensywnego roku, spowodowało, że mam ochotę na bycie gburem. Nie dlatego, że ich nie lubię. Muszę za nimi zatęsknić! Muszę też zatęsknić za podróżowaniem, przemieszczaniem się. Mam ochotę na zaszycie się totalne. Wyłączenie telefonu, komputera...Powłóczenie się po mieście też byłoby piękne, ale niestety wciąż nie jest mi to dane. Kolano, które przypomniało o sobie, że jest zjebane, we wrześniu, wciąż (mimo dość sporych wydatków na specjalistów) boli i chyba nie zamierza przestać. No, ale na razie nie odpadło, więc dobra nasza! No i chyba coś się z tym rusza, idzie do przodu...Zobaczymy! Moje jedyne postanowienie na ten nówka sztuka rok: niech naprawią mi kolano! Innych potrzeb względem siebie nie mam.
Zmęczenie nie jest tylko i wyłącznie psychiczne, ale też fizyczne. Nie oszukujmy się, przeszarżowałam z używkami. Oczywiście pod tym punktem kryje się także strach przed tym, że pójdę w ślady mojego ojca. Zwłaszcza, że jestem słaba i wciąż nie umiem być z ludźmi, bo jestem trochę dzikus, chociaż niektórzy uważają, że potrzebny jest taki świr, który jest ordynarny i nie przejmuje się często tym, że przekracza granice.
Ciało jest moim opiekunem w pewnym sensie: dało mi wyraźny znak, że mam przystopować i znaleźć inny sposób na spędzanie czasu. Zresztą, imprezy mi się już przejadły. Zwłaszcza te, po których średnio cokolwiek pamiętam. W ten sposób mogę w ogóle zapomnieć, że żyję! Chociaż czasem sobie myślę, że byłoby dobrze.
Większość czasu bowiem jednak zajmuje praca, która okazała się być nudna i do tego stresująca. Jedyny jej plus jest taki, że mam dużo zadań (z którymi się nie wyrabiam) i jakoś dzień mija. Ale to taki jeden wielki szary klops. Nie chcę takiego życia, które kręci się wokół czegoś takiego. Jeszcze byłby jakiś mocniejszy podryw, gdyby ludzie byli tam warci poświęcenia tego czasu. Ale nie są. Może jest i parę fajnych osób, ale to nie jest zupełnie mój klimat.
Wydaje mi się zresztą, że trudno będzie mi znaleźć w Poznaniu, to co odnalazłam w Szczecinie. W tym moim sztywnym mieście, które kocham bezgranicznie niczym matka własne dziecko (nawet jeżeli jest nudne i materialistycznie nastawione), ludzie są jacyś mocno skupieni na sobie i sztuczni. Chociaż może też wynika to z tego, że w mieście róż oraz żurawi pracowałam raczej w męskim towarzystwie, które owszem obgadywało innych, ale też nie udawało przed tymi innymi obgadywanymi słodkości...Nie było tam tej udawanej grzeczności. Tych wszystkich konwenansów, które tak męczą i ograniczają. Ale plusem na pewno jest fakt, że w Poznaniu można porozmawiać z mężczyzną na równych prawach i jak się rozmawia o sporcie, czy polityce nie jest się wykluczonym za to, że jest się kobietą. Natomiast w Szczecinie na jakichś takich szowinistów, tradycjonalistów trafiłam. Nie chcę jednak generalizować. Może kwestia trafu właśnie.
W mojej pracy przeważa kobiecy element. Więc diety, więc plotki, więc knowania. I patrzy Ci jedna z drugą w talerz, co też na nim masz i pewnie w głowie przelicza jak mocno po tym przytyjesz.
Ble, serio ble.
A tak odnośnie oceniania życia innych (a sama przecież oceniłam...te dziewczęta!) ...Obejrzałam wczoraj po raz drugi, z prawdziwą przyjemnością, film Kieślowskiego "Trzy kolory: Czerwony". I jest tam świetny fragment, dotyczący właśnie łatwości wystawiania ocen innym ludziom, wartościowania ich. Emerytowany sędzia, który długi czas zajmował się podsłuchiwaniem rozmów telefonicznych dla własnej przyjemności, opowiada młodej dziewczynie o swoim zawodzie. I mówi (oczywiście nie pamiętam dokładnie): gdybym był na miejscu złoczyńców, których sądziłem, kradłbym, zabijał...ale przecież chodzi o to, że nie jestem na ich miejscu, nie jestem w ich sytuacji.
Nie jestem w sytuacji ludzi, których potrafiłam ocenić. I głupio mi, że to zrobiłam, ale nie umiem za to przeprosić, gdyż jak kiedyś zauważył R.: nie można przepraszać, gdy czujesz i wiesz, znając siebie, że postąpisz w przyszłości podobnie.
Za poprzedni rok głupio mi z wielu powodów, bo zachowywałam się nieładnie (eufemizm). Ale najgorsze jest to, że wiem, iż nie postąpiłabym inaczej, znając konsekwencje swoich czynów. Wydaje mi się bowiem, że wiele wydarzeń było mi potrzebnych. Często też wydaje mi się, że ten ból kolana jest mi potrzebny, żebym spowolniła siebie i zauważyła, że żyję a nie, że dążę do życia.
Nie zmienia to faktu, że nadszedł czas spokoju i pokory. Tak powinno być, ale niczego nie zakładam. Nie wiem, jak będzie. Mam ochotę na sobie eksperymentować, trochę siebie sprawdzać. Bardziej obserwować z boku niż od środka. Jestem w końcu kolejnym istnieniem, jednym z wielu, a nie jedynym w swoim rodzaju.
Mam taki ryj jak wszyscy. Jestem słaba jak wszyscy. Więc staram się zdystansować i wyluzować. I czasem mi wychodzi, czasem mniej, ale jak to się ustaliło kiedyś, raz a dobrze: nie od razu Rzym zbudowano. O!
poniedziałek, 31 października 2011
Szczerość.
Długi czas się łudziłam, że szczerość jest możliwa, a nawet, że jest wskazana, że ludzie powinni być wobec siebie szczerzy, fair pod każdym względem. Jednak w pewnym momencie do mnie doszło nie tylko to, że ograniczenie tej szczerości wypływa z naszej małej wiedzy o nas samych, ale także to, że duży wpływ na szczere wyznania mają fakty zewnętrzne, które zmieniają nasze postawy i tym samym ograniczają szczerość. Nie chodzi mi o strach przed np. porażką, odrzuceniem czy zranieniem innej osoby. Te emocje zresztą są naturalne w przypadku chęci powiedzenia komuś jakiejś prawdy. Chodzi jednak o to, żeby nie być egoistą. Szczerość jest egoistycznym uczuciem. Chęć pozbycia się z siebie uczuć, emocjonalne ujście, żeby poczuć ulgę. Żeby wyzbyć się z siebie bólu. Walka w sobie, żeby ta prawda z nas nie wyszła, bo według nas, może zaboleć innych albo coś zniszczyć (coś co zdecydowanie nie należy do nas, nie jest częścią naszej historii), jest szalenie trudna.
Szczerość w takich sytuacjach, w których ta druga osoba może ucierpieć, funkcjonuje dobrze, o ile jest obustronne na nią przyzwolenie. Znaczy to, że ta druga strona przyzwala na przepływ informacji, że potrzebuje wiedzieć to, co chcemy przed nią ukryć. Tylko też pozostaje pytanie, jak rozpoznać, czy ta druga osoba jest na to gotowa? Możliwe, że ta gotowość już jest a nam się wydaje, że to nie jest odpowiedni moment. Ale chyba czasem lepiej być ostrożnym w tak kruchych sprawach. Tu muszę postawić znak zapytania, bo nie do końca mnie ta myśl przekonuje.
Szczerość jest też niezupełnie możliwa, bo często oszukujemy samych siebie (co, jak napisałam na samym początku, wynika często z niewiedzy) udając na przykład, że wszystko w naszym życiu jest w porządku, gra i buczy, błyszczy tysiącem pięknych barw. Oszukiwanie siebie jest zresztą tylko pozorną ucieczką od bólu. Ból trwa, wyrywa się czasem z niesamowitą siłą, ale uciekający w takich momentach często nie zdaje sobie sprawy z tego, z czego wynika to jego złe samopoczucie. A to jest przecież nic innego jak tylko skondensowane złe emocje, które odkładaliśmy sobie na później.
Nie ma chyba takiej osoby, która sama by się nie oszukiwała. Często bowiem bycie szczerym wobec siebie samego wymaga ogromnej pracy nad zmianą naszych przyzwyczajeń, codziennych zachowań, czy uświadomienia sobie, że jesteśmy niedoskonali, ułomni i nagle trzeba zacząć być odpowiedzialnym za to, kim się jest i co się robi.
Ja na przykład od lat się oszukuję i, co widać wyraźnie na moim blogu, od lat odkrywam te same prawdy o sobie, czując ciągle, że jest to odkrycie Ameryki. To znaczy tylko tyle, że nie umiem przebić się ze zmianą, uciekam od niej, argumentując to na różne sposoby. I szybko zapominam o odkryciu, żeby pozostać wciąż w tym samym punkcie.
Alkoholik także mocno oszukuje siebie samego. A jego największym kłamstwem jest stwierdzenie, że jest zdrowy a tylko świat wokół szaleje na różne choroby. Wszystko, co złe, to przecież te zewnętrzne bakterie i wirusy.
czwartek, 27 października 2011
come back do kwadratu.
Zacznę od najświeższych ploteczek, żeby potem móc trochę wbić się w nastrój egzystencjalny, melancholijny, który naturalnie wpisuje się w klimat zbliżającego się wielkimi krokami, listopada. Październik też trochę tym listopadem pobrzmiewa, ale staram się być silna i nie poddawać deszczowej i szaro-buro-klopsowej pogodzie. Wiadomo, z różnym skutkiem, ale, ale gorzkie żale, jak to tata koleżanki jej powtarzał z złych momentach: jak masz na nazwisko? H. czy Nowak? To nie możesz być mięczak! Więc jak już jajo, to musi być na twardo. I koniec.
Przez ostatnie parę miesięcy znowu zmiany w moim życiu. W Szczecinie już nie siedzę, bowiem dostałam pracę pod Poznaniem i aktualnie w niej przebywam na szkoleniu. Poczekamy, zobaczymy. Nie będę marudzić, chociaż naturalnie nie wierzę w siebie. Itepe, itede. Mieszkam z A., moją przyjaciółką, jeszcze jedną dziewczyną i kotem A. O tym na pewno jeszcze opowiem, bowiem jest to warte opowieści. Tym razem parę informacji na szybko. Z R. wciąż nam nie po drodze. Z tatą nie rozmawiam. Mama się na mnie obraża, tym razem stanęła murem za tatą. I oboje dają mi odczuć, że jestem niewdzięczną i złą córką. Powoli zastanawiam się nad wypisaniem na dobre z tej rodziny, żeby po prostu nie czuć wiecznych wyrzutów sumienia, które generują mi moi rodzice, wymagając ode mnie nieskazitelnej postawy osoby, która potrafi wybaczyć wszystko. Zaczęłam też chodzić na spotkania DDA. Poza tym mnóstwo pieszych wypraw codziennych, mimo że ortopeda zabronił. Nie mogę obciążać kolana, co jest dla mnie prawdziwą katastrofą, bowiem lubię się masakrować. Bez masakrowania człowiek za dużo myśli. A myślenie niszczy dobry nastrój. Niestety. Zresztą masakrowanie też nie do końca pomaga, ale zmniejsza ilość złych myśli.
Myślę też trochę o zmianie struktury bloga, gdyż trochę mnie już nudzi to miauczenie, no bo ile można? Chciałabym pójść w trochę inną stronę. Już oczywiście myślałam o tym, żeby uciec stąd w siną dal (lubię uciekać), na innego bloga, żeby zacząć wszystko od nowa. Ale nie chcę. Chcę być twarda i trwać w tym, w czym jestem, nawet jeżeli jest to często taplanie się w błotku smutków i cierpienia. Ostatnio sobie pomyślałam, że największy mój strach to o to, czy dzień przemieni się w taki pełen apatii, depresji oraz nienawiści wobec siebie samej. Często siebie po prostu odrzucam, stąd ten blog miał często taki a nie inny klimat. Powoli się uczę na tych spotkaniach DDA, żeby siebie akceptować. Zobaczymy, co z tego wyniknie. Mam nadzieję, że częściej będę tutaj pisała i, że będzie to mądrzejsze i z większym sensem. Ale nie chcę niczego zakładać, bo z tych moich założeń nigdy nic nie wynika:)
Za tydzień wyruszam do Holandii, na szkolenie. Będzie to podróż samochodem. Tylko ja i moja wspólniczka teamowa. Bardzo fajna dziewczyna, taka przebojowa. Cieszę się strasznie na tę podróż. Chcę się sprawdzić jako kierowca na dłuższej trasie. Ostatnio częściej mam okazję jeździć autkiem i sprawia mi to mnóstwo radości, zwłaszcza że wciąż się czegoś uczę. Mam taki mały fanatyczny motyw, że jak jadę z kimś jako pasażer, obserwuję jego manewry w sytuacjach stresowych, dzięki czemu wiem jak się zachować później na drodze. I cieszy mnie sprawdzenie tych opcji, więc lubię, gdy na drodze, zwłaszcza w mieście, się wiele dzieje. Wciąż jednak stresuje mnie parkowanie w takich nieoczywistych, trudnych miejscach. Ale z czasem pewnie i to stanie się normą.
Aha: optymizmu ostatnio szukam w sukcesach innych ludzi. Dodaje mi to otuchy, że czasem też się udaje!
Mam nadzieję, że przez olewkę mego blogaska nie straciłam stałych czytelników, i tak przecież nielicznych:)
Powiem Wam, że fajnie mi z tym, że tu wróciłam:)
niedziela, 14 sierpnia 2011
come back
Jestem aktualnie w Szczecinie. Przywiało mnie tu parę dobrych miesięcy temu. Trochę żałuję, że nie rejestrowałam tego, co się ze mną działo przez ten czas. Teraz bym może potrafiła inaczej się zachować i nie stracić wszystkiego, gdybym uważniej siebie obserwowała. Ale nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem. Stało się.
W skrócie wygląda to tak: praca jak to praca, bez szału. Ludzie fajni, ale nic głębszego. Za to w samym mieście się nieźle zakochałam. Kręci mnie jego każdy zakątek. I nie potrafię zrozumieć tego, że mieszkańcy, przynajmniej ci, których poznałam, nie przepadają za Szczecinem. Gdy tu przyjechałam, od razu spotkałam się z bardzo dużym zdziwieniem. Że jak to, z Poznania? Przecież w Szczecinie nic nie ma. Ale ja tu widzę całkiem fajny świat. O wiele bardziej pociągający i magiczny niż ułożony Poznań, gdzie ładnie, gdzie życie biegnie szybko do przodu, ale nie ma takiego fajnego zatrzymania i nie ma tego ciepła między ludźmi. Tutaj ludzie są bliżej siebie. I ten klimat. Lubię Szczecin.
Przez to trudniej jest mi wrócić do Poznania. Trudniej też dlatego, że wdrożenie się w środowisko ludzi, z którymi pracuję, strasznie dużo mnie kosztowało. Musiałam zawalczyć o swoją pozycję. Pokazać, że jestem normalnym człowiekiem. Teraz pod tym względem jestem już spokojna, ale pierwsze miesiące to był nieustanny ból brzucha ze stresu. I strach. I codziennie prawie płakałam Rafałowi w słuchawkę, że jest mi strasznie źle, że nie dam rady. Teraz już tego jest zdecydowanie mniej, chociaż ból brzucha wraca, bo wróciła samotność.
Jeszcze jest jeden ważny element, który ma wpływ na to, że nie potrafię się zebrać w sobie z szukaniem pracy tam u siebie: czuję się totalnie niezależna. Rodzice nie mają już na mnie żadnego wpływu. I do wszystkiego muszę dochodzić sama. Bez ich pomocy. Właściwie teraz bez niczyjej.
Samotność boli i uwiera. Ale z tym wszystkim otrzymuję nową lekcję, jak radzić sobie z cierpieniem, nie zadręczając nikogo swoją osobą. Codziennie mam ochotę zadzwonić, napisać, powiedzieć, jak mi źle. Ale niech inni żyją swoimi problemami, swoim fajnym życiem, a ja muszę się pozbierać do kupy. Znowu sama. Bo zawsze liczyłam na pomoc innych. A teraz nie mam wyjścia, muszę być twarda. W końcu to ja podjęłam tę decyzję, że tutaj przyjadę do pracy. Co prawda zupełnie inaczej sobie to wyobrażałam, myślałam, że będzie lżej i przyjemniej... Ale nie chcę być więcej skupioną na sobie księżniczką. Egoistką. Chcę, żeby innym było dobrze, lepiej niż mnie. Żeby się nie martwili, nie smucili.
Przez te wszystkie miesiące się strasznie pogubiłam. Jestem teraz w takim momencie, że zupełnie nie wiem, czego chcę od życia. Nie mam żadnego konkretnego celu. Stoję na rozdrożu i nie wiem, w którą stronę mam się udać. Pewnie znów będzie spontanicznie i na ślepo. Gdzieś przed siebie, byle by iść, nie stać w miejscu.
Jestem niespokojnym człowiekiem. Wciąż bym chciała uciekać od siebie. Ale teraz zupełnie nie wiem, gdzie bym mogła uciec. Nie ma takiego miejsca, o którym bym już mogła pomyśleć, że w nim będę lepszą osobą.
Dlatego, to jest pewne, muszę się zmierzyć z sobą w tym trudnym okresie, jaki nadchodzi. Ha! I dlatego znów blog odżyje!
:)
Bo tutaj najłatwiej poukładać swoje smuteczki.
No i też trochę się przestraszyłam, że mi blogaska skasują. Mimo, że wieje tu nudą straszną, chcę go zachować, żeby móc pamiętać o niektórych sprawach.
czwartek, 17 lutego 2011
Podróże nieduże.
Warszawa mnie zauracza, uwielbiam to miasto i wciąż pluję sobie w brodę, że podczas studiów nie wykorzystałam możliwości wyjazdu chociażby na semestr na UW, żeby pobyć w stolicy trochę dłużej, poznać jej wdzięki głębiej. Pochodzić chociażby do teatrów, zobaczyć Jandę na deskach jednego z nich, zachwycić się wysokim poziomem sztuk, wbijać się w fotel z zachwytu. Poznać smak tego innego życia, gdzie bieg, szum, no i metro.
Wczoraj wieczorem wróciłam z Warszawy zupełnie niepocieszona. Jak to, to już? Już Poznań Główny, szczęśliwa opuszczam pociąg, który mroził swoich pasażerów. Podczas przebywania trasy - Łowicz, Kutno, Konin..., przykryta kurtką, okutana w szalik, zastanawiałam się nad tym, co przez te parę dni przeżyłam. To była chwilka, mgnienie oka. I niestety zawsze tak jest, to jest stały element gry. Moje odwiedziny ukochanych miast odbywają się w szaleńczym tempie.
Tak mi mija Ołomuniec, tak mi mija Berlin i właśnie Warszawa.
Najpierw jest okres oczekiwania: uwielbiam podróże pociągiem, ten stukot kół i drżenie serca, że zaraz zostanę wpisana w nowy świat, z nowym krajobrazem i miejscami do poznania. Czekam z niecierpliwością klika dni, a potem szybko kupuję bilet i lecę, jestem w swoim żywiole. Gdy już jestem na miejscu, wpadam w intensywny rytm, opuszczają mnie wszystkie troski i problemy, które mnie cegłą u nogi trzymają mocno w Poznaniu.
A potem jest rach ciach, ciach i, nienawidzę tej części, wsiadam w pociąg powrotny, w którym męczę się, wiercę, nie mogę skupić na książce, czy gazecie. Denerwują mnie inni ludzie, zwłaszcza gdy widzę w nich radość jechania do nowego miejsca, ten zachwyt, ten błysk w oczach. Staram się nie myśleć, że to już koniec, ale jednak, niestety, ta myśl wbija się mocno w głowę, że zakończyła sie przygoda, wracasz do swojej szarej rzeczywistości.
Wczoraj przez telefon powiedział mi tak Rafał: szara rzeczywistość, Michu. No cóż, trzeba się z tym pogodzić, szara rzeczywistość ma taki swój podły urok, że wraca niczym bumerang, nie da się od niej uciec.
Szara rzeczywistość nie zaczęła się jednak od razu, nagle. Przyjechała po mnie mama, zrobiła herbatę, pogadałyśmy. Mama lubi, jak u niej śpię. Ja też lubię, bo przez chwilę mogę się jeszcze poczuć jak dziecko. Ona mi robi łóżko, chociaż jej nie proszę.
Herbata pyszna, z cytryną, bez cukru. Wiesz, poszłam po bułki, kupiłam ci też malinowy dżem. Tu masz ugotowane jajka i zupę na obiad, w tym słoiku na dole. Moi rodzice mają taki motyw, że wszystko chcą pokazać, objaśnić. Nie lubię tego, ale daję im tę chwilę przyjemności, nie komentuje złośliwie, cierpliwie czekam.
Nie muszę na siłę dążyć do samodzielności, a na pewno nie chcę odbierać od razu rodzicom tego ich poczucia, że są mi potrzebni. To wszystko musi iść pomału.
I tak są niepocieszeni, że wyrwałam się z domu za szybko według nich, że odcięłam od pieniędzy, które mi dawali, co było wielką, żmudną walką.
Jak już wywalczyłam wolność, doszło do mnie, że nie może być tak, że w tym wszystkim tylko ja mam być szczęśliwa. Daję więc im takie chwile, w których wracamy do starych reguł. Dużo dla mnie poświęcili, jestem im to dłużna.
Szara rzeczywistość natomiast zaczęła się rano, gdy przeglądałam oferty pracy i uświadomiłam sobie, że te oferty, które wybieram, zazwyczaj do mnie idealnie pasują, ale dotyczą branż hermetycznych i nie wiem, czy uda mi się gdzieś wkręcić, dostać, gdzie docenią to, co mogę zaoferować.
Piję kawę, słucham muzyki i staram się nie popadać w gorzkie stany. Chcę zatrzymać w sobie jeszcze tę energię z wyjazdu, ten fajny optymizm i radość dzieciaka.
Po to właśnie także pojechałam, żeby się ruszyć, żeby się pobudzić.
czwartek, 10 lutego 2011
O tym i o owym.
Jestem do tej pory w prawdziwym szoku. Wczoraj zakupiłam sobie poranną prasę, do śniadania - jak zauważył kasjer. Po czym dodał z uśmiechem: chyba na kilka śniadań. Same tygodniki panie kasjerze, więc na cały tydzień. Siedzę w chacię, nic nie robię, więc chociaż te pare gazet sobie poczytam. Pokusiłam się jednak na coś mniej mądrego i kupiłam Vivę za niecałą złotówkę. Czemu to zrobiłam? Bo na okładce zauważyłam nazwisko wielkie i dech w piersiach zapierające: Sławomir Mrożek i pomyślałam, że jest to niemalże historyczna chwila, więc muszę kupić ten oto egzemplarz. Potem jeszcze dobiło mnie, że były w tym numerze zdjęcia Szymborskiej otrzymującej Order Orła Białego na stronie pod tytułem "Światowe życie".
Reszta gazety, a właściwie cała, nie jest nic warta, ale to tylko złotówka, więc nie jest mi żal. Poza tym pomyślałam sobie, że takie gazetki są doskonałą szkołą dziennikarską, nieocenionym wzorcem, gdyż jak ktoś chce się nauczyć robić porządne wywiady, to może powinien najpierw zobaczyć, w jaki sposób się ich nie robi i zainwestować w takie szmatławce. Nie będę ukrywać, uwielbiam wywiady, ale powiedzmy sobie szczerze, ich poziom w galach, vivach i innych, nie jest za wysoki. Na czym polega główny problem? Na tym, że osoba, która zaprasza na rozmowę nie jest zainteresowana osobą, z którą chce ją poprowadzić. Przynajmniej takie odniosłam wrażenie po przeczytaniu wywiadu z M. Sochą. Pytania ciężkie, rzucane jak kamień w wodę. Zero dialogu, tylko zadawanie pytań na zasadzie tych ze złotych myśli, które pożyczało się całej klasie, żeby poczuć się lubianym w podstawówce.
Gdy czytam wywiady np. Kwaśniewskiego z GW, nie mam wątpliwości, czym jest prawdziwa sztuka prowadzenia rozmowy. Zastanawiałam się często, w czym tkwi jego sekret, że te osoby udzielające mu wywiadu, tak mocno się otwierają. Po czym poszłam na jedno ciekawe spotkanie orgazniowane przez Bookarest, na którym miałam możliwość zobaczenia na żywo tego zjawiska. Był tam Kwaśniewski, Reiter i Najsztub (a prowadzącą była przeurocza Wolny-Hamkało! no tak, uwielbiam ją, jest taaaka mądra!). Myślałam, że ten ostatni zdominuje całość, jednak nic takiego się nie wydarzyło. W pewnym momencie Kwaśniewski zaczął opowiadać, jak go to kręci, że idzie do mądrzejszych od siebie, którzy mogą go czegoś nowego nauczyć. Chłopiec w dorosłym ciele, przepełniony dziecięcą szczerością i energią. Siedząc przed kimś takim nie da się milczeć, nie da się zasłaniać. Od kogoś takiego czuć mocno, że jest zainteresowany, że go rozmówca pociąga!
Oczywiście dobry wywiad w gazecie nie jest tylko i wyłącznie zależny od tego, jak zostanie na żywo przeprowadzony, ale także od samej jego redakcji, która jest żmudna i pewnie najmniej przyjemna z całego procesu. Możliwe więc, że dziennikarz, który robi wywiady do poczytnych i masowych gazetek, ma pewne ograniczenia i okraja wszystkie te części, które mogłyby wskazywać na to, że pismo idzie w kierunku inteligenckim. Bo co jak kogoś to urazi i poczuje się głupszy? Przestanie kupować! Ale jaki ma sens więc wprowadzenie do zawartości czasopisma takich postaci jak Mrożek, czy Szymborska? Czyżby jest jakaś nowa akcja wprowadzania kultury w każdy element życia publicznego? A może powoli dochodzi do upadku prasy papierowej na rzecz rozpowszechniającego się Internetu, a więc pisma postanowiły walić do ludzi, którzy jeszcze są skłonni kupić takie czasopismo, czyli ludzi ogólnie czytających, powyżej polskiej przeciętnej, czyli niecałej jednej książki na rok? Naprawdę mnie to głęboko zastanawia. Przejrzałam nawet Vivę parę razy, znajdując wciąż tam Mrożka i Szymborską. O ile domyślam się, że poetka jest bardzo dobrze kojarzona, to pojawia się w mojej głowie pytanie, ilu czytelników Vivy wie, kim jest Mrożek? Nie mam złudzeń.
Wielu ludzi odnajduje prawdy życiowe w serialach, gdzie podane są zgrabnie na tacy. Nie trzeba myśleć, nie skłaniają nas one do refleksji. Miałam sama takie do dupy dni, kiedy popadałam w kompletne spsienie i włączałam serial wieczorny. Nie mogłam jednak znieść tych dialogów, tych uładzonych sytuacji, tych skrajnie nieprawdziwych emocji. Tego nie da się oglądać, a więc przeżywać, na to się patrzy bezmyślnie, z otwartą gębą i ślinką cieknącą ciurkiem z kącika ust.
Parę razy się sparzyłam na takim rozwiązaniu. Staram się już nie włączać TV. Teraz, gdy czuję się serio do dupy, co ostatnio zdarza mi się coraz częściej, sięgam jednak po literaturę. Czuję się lepiej, gdy poczytam coś lepszego, chociażby Robbe-Grillet'a. Jest on mistrzem szczegółu, całkowitego dopieszczenia. Potrafi niesamowicie wyraźnie opisać nawet plasterek pomidora ("Gumy"). Patrzy na świat niczym fotograf, ale jego literatura nie ma w sobie nic z realizmu. Czytając "Żaluzję" miałam czasami wrażenie, że jest to niemalże kubistyczna konstrukacja, że pisarza przepełniała chęć pokazania całości ze wszystkich stron za jednym razem. Sytuacja bowiem powtarzała się, ale wciąż pokazywana była z innego kąta. Obserwujący wydarzenia jednak się nie zmieniał. W kółko, fanatycznie wręcz, powracał do jednego wspomnienia.
Książki jednak nie tylko na tej płaszczyźnie etstetycznej, formalnej dają mi ulgę i przyjemność. W końcu chodzi też o proces opowiadania, o samą historię, o poznanie różnych ludzkich jednostek, które także zmagają się ze światem i z poszukiwaniem odpowiedzi na coraz więcej pytań.
Poza tym nie ma nic przyjemniejszego o poranku jak wanna, kawa i książka. W Kiekrzu nie mam wanny co prawda, ale jak czasem wpadam do rodziców, to mogę sobie z tego przywileju skorzystać.
Kawa oczywiście powinna być gorzka, z gruntem. Inaczej nie jest funta kłaków warta.
Książka? Ostatnio mam motyw czytania paru na raz, bo mam taką sinusoidę uczuć, jak nigdy, raz uśmiech od ucha do ucha, raz dół kompletny, pławienie się w bagnie. I gdy jestem w czarnej dupie, wcale nie mam ochoty na nic lekkiego. Wolę sobie przyjebać konkretem, że tak niezbyt ładnie to ujmę. Nie mogłam w takim stanie czytać nowego Kuczoka, czy łatwych do przełknięcia książek Murakamiego. Wolałam Robbe-Grillet'a. Po lekturze jego dzieł pojawiło się we mnie pytanie o inspiracje literackie u Polańskiego. Wiadomo, że Kafka, to jest zbyt oczywiste. Ciekawi mnie jednak to, czy nie był zachwycony tym francuskim pisarzem? Oglądając "Lokatora" wciąż to pytanie do mnie powracało. Muszę sięgnąć po jakąś dobrą literaturę, dotyczącą Polańskiego. Inaczej będzie mnie to dręczyć całe życie!
A wanna cała w pianie. Ciepło, ale nie gorąco.
Mniam.
sobota, 05 lutego 2011
Na tę rolę chętnie sobie pozwolę.
Jakoś niedawno spotkałam się z moim starym, dobrym kumplem. Spotykamy się raz na jakiś czas i rozmawiamy na różne tematy. Często błądzimy po naszym osiedlu, popijając piwo, a w deszcz, czy gorszą pogodę siedzimy w cieple. Uwielbiam rozmawianie z ludźmi, zwłaszcza tymi znacznie się ode mnie różniącymi, bo to mi poszerza świat. Tak normalnie go obserwuję przez lornetkę, przez co jego część jest mocno zasłonięta, a wzrok skupiony na jednym punkcie. Jednak zdarzają się momenty olśnień (bardzo nieliczne: nazywam je zaglądaniem pod podszewkę świata). Nie znaczy, że rozmawiając z innymi szukam prawdy.
R. powiedział mi wczoraj: prawdy wcale nie ma. W sumie to jest przyjemne spojrzenie na świat, bo gdy nie ma prawdy, to i kłamstwo nie istnieje. Zaleciłam mu więc przeczytanie Ibsena...
Wracając jednak do kumpla, to muszę powiedzieć, że to, że się spotykamy raz na jakiś czas jest generalnie dziwne, bo wiele osób by nie wróciło do takich urwanych już w sumie znajomości. Ja jednak nie mam skrupułów by wracać do innych, bo jestem sentymentalna i chciałabym, żeby te wszystkie czasy, które minęły, znowu się powtórzyły i powtarzały bez końca. Z J. trzymaliśmy mocno sztamę, gdy byłam w gimnazjum. Często do mnie przychodził wieczorami i do późna rozmawialiśmy. Tylko jego moi rodzice potrafili u mnie zaakceptować, bo jak sami powtarzali "J. jest taki dojrzały". J. jest ode mnie starszy o parę lat, więc gdy potrzebowałam być do późna poza domem, mówiłam, że spotykam się z nim, albo, że będę u niego. Czułam się taka wyróżniona, że starszy ode mnie kolega, licealista przecież, chce się ze mną kumplować. Tak, czułam się przy nim mądra! Jednak po tym jak poszłam do liceum nasze kontakty się urwały. Dopiero niedawno się spotkaliśmy gdzieś na poznańskich ulicach i rozmawialiśmy. To było dziwne doświadczenie, bo każdy z nas wszedł w rolę siebie samego sprzed paru lat. Takie coś bardzo nienaturalnego. Czułam się z tym źle, nie potrafiłam nad tym zapanować. Nie chciało mi się z nim więcej widywać, nie miałam takiej potrzeby. Pomyślałam wtedy: to już jest poza mną, dawna historia. I nie mogłam uwierzyć, jak bardzo można od kogoś przez parę lat się oddalić, chociaż przecież jest to logiczne, nie powinno mnie to dziwić. Jestem jednak taką osobą, że mnie tego typu sprawy wciąż zaskakują. Czas zweryfikował moje myślenie w stylu ostatecznym, stawiającym jasno i wyraźnie kropkę. Nadszedł ten jeden dzień, który wszystko zmienił.
Zanim jednak do tego dojdę, muszę zapodać mały wstęp.
Moje podróże do miasta w obecnej sytuacji są znacznie utrudnione. Mieszkam poza Poznaniem, komunikacja jest kiepska, więc gdy się z kimś umawiam, staram się robić tak, żeby było na dłużej, żeby było intensywnie. Umówiłam się z kumpelą i byłam nastawiona na długi wieczór, wypełniony rozmowami. Jednak ona była poumawiana i w efekcie zostałam sama z niespełnionym wieczorem, zapowiadającym się bardzo ciekawie. Nie mogłam tego tak zostawić! Nie chciałam tego dnia tak szybko zamykać. Byłam nieopodal mojego osiedla i zastanawiałam się, w którą stronę mam pójść, gdzie spotkać kogoś, kogo da się wyciągnąć na jedno chociaż piwo. I wtedy pomyślałam, że jest taka jedna osoba i tylko ona da się namówić. Inni bowiem zawsze pod ręką mają mnóstwo argumentów na to, by jednak pozostać w domu. To takie smutne, kiedyś, za dzieciaka było zupełnie inaczej, bo nie dało się nikogo zmusić by do domu miał wrócić. Teraz cisza panuje na placach zabawach, teraz jest tu raczej cmentarzysko. Zanim doszłam do jego klatki, sporo czasu minęło, często bowiem zawracałam myśląc, że wszystko to jest totalnie i zupełnie bez sensu. W ostateczności jednak powiedziałam sobie: raz kozie śmierć! Nie zaskoczyło mnie wcale to, że J. dał się namówić. Kupiliśmy po paru piwach i poszliśmy na teren jednego z przedszkoli. Siedliśmy kulturalnie na ławce i rozmawialiśmy. I wtedy coś pękło, wyszła na wierzch szczerość, pogadaliśmy o tych rolach, w które człowiek wchodzi, gdy spotyka się z innymi ludźmi. Tak, wiedziałam, że tak się dzieje, byłam świadkiem przecież wielu przemian w sobie. Z każdym mam przecież różnie poukładane relacje, nie z każdym mogę być w pełni szczera, nie wszystkim ufam, niektórzy nieświadomie stwarzają blokady. Tutaj jednak chodziło o coś bardziej absurdalnego. O to, że ja stawałam się zbuntowaną gimnazjalistką, którą już w istocie nie jestem. Więc przebudowałam siebie, więc postawiłam na otwarcie i potem było już normalnie. Nie było to rzecz jasna proste. Byłam po paru piwach, można było mówić wprost o tym, co w człowieku drzemie, siedzi. Mnie wkurzają konwenanse, ale sama w nie przecież popadam. Wkurza mnie też nieszczerość w relacjach, zakładanie masek. Nie zawsze udaje mi się z tym w sobie zawalczyć. Staram się jednak robić wszystko, by życie było mniej teatralne niż powinno.
Często nie umiem z tych ról wyjść, bo rządzi mną strach, zakompleksienie i nieśmiałość. I pamiętam nawet dokładnie ten moment, w którym pojawiła się we mnie blokada przed ludźmi. Było to na koloniach nad morzem. Miałam trzynaście lat i na koncie pierwszy pocałunek z chłopakiem. Stałam się więc kimś więcej niż tylko dziewczynką. To wejście w rolę "kobiety", która podoba się mężczyznom, zablokowało mnie. Nie umiałam już naturalnie rozmawiać z innymi, nie miałam w sobie już takiego luzu. Inni to oczywiście wyczuwali. Były to kolonie jedne z gorszych, na których siostra zyskiwała popularność i uznanie. To w te wakacje usłyszałam też od zakochanego w niej chłopaka: jesteś jej gorszą podróbką.
Jakoś mnie to dotknęło, ale też nie na tyle, by zawsze czuć się w jej cieniu. Tak, czasem to przychodzi, takie smutne uczucie. Ale częściej mam to silne przekonanie, że to ja wygrałam, bo to ja potrafię zbudować z inną osobą mocną, dobrą relację, opartą na zaufaniu, na szczerości. Nie mówię tu tylko o R., mówię tutaj o wszystkich bliskich mi osobach. Ona ma swoją scenę, na której błyszczy. O ile czuje się naprawdę z tym szczęśliwa, jej wygrana. Ja mam natomiast swoje dobre duchy, na których mi bardziej zależy niż na całym tym poczuciu, że wszyscy mnie kochają i podziwiają i chcą żyć tak jak ja.
Po chwilowym zatrzymaniu się na ostatnim zdaniu, przeszedł mi dreszcz po plecach.
poniedziałek, 31 stycznia 2011
Zdałam sobie dziś sprawę z tego, że to, że żyję jest napędzane przez wieczne marzenia o tym, aby być kimś innym. Sama jednak nic w tym kierunku nigdy nie robiłam, żeby się zmieniać, żeby się przepoczwarzać, pozostawiając siebie w rękach spontanicznego trwania. Jestem więc kimś, kto chciałby poprzez mrugnięcie oka zmienić wszystko, zwłaszcza swoje wady, których bez liku i nie umiem ich ogarnąć, tak samo nie umiałabym sobie poradzić w roli przedszkolanki - tu wytrzeć nosa, tam poprawić majtki, wytłumaczyć, że ziemi się nie je... Zapanować w jednej chwili nad tyloma problemami: to nie ja. Mimo, że jestem kobietą, nie umiem robić wielu rzeczy w jednym momencie, skupiając się na wszystkich tak samo mocno i z takim samym oddaniem. Umiem tylko i wyłącznie poświęcić się jednemu celowi. Jestem ułomna, no cóż, nie jestem człowiekiem orkiestrą, zdarza się. Każdemu, nawet tym najlepszym, o, ale czy mojej siostrze? - to pytanie dla największych mistrzów. Zamiast zastanowić się nad siłą, która we mnie drzemie (bo jakaś tam na pewno), tracę energię na kreowanie kolejnej siebie w pięknym świecie snów. W pewnym momencie wpadłam w taki ciąg, że aż mi się ta cała zabawa znudziła. Teraz przed zaśnięciem nie mam już tej chwili na marzeniowy świat, która by była grą wstępną przed tym całym spaniem, bo on jest ciągle i aż rzygać się chce od niego. Tak, chce mi się rzygać od własnych marzeń. Zwłaszcza, że pojawia się takie mądre, z góry, z zadartym nosem: ale ty jesteś dziewczyno naiwna. Ha, ha! Jestem naiwna, jestem. Ale co zrobić? Muszę sobie z tym poradzić, nie płakać wiecznie nad sobą i smarkać w kolejne chusteczki, bo w końcu i na nie mi zabraknie. Mam jakieś takie dziwne potrzeby pędzenia przed siebie i poczucie, że jak teraz czegoś nie zrobię, to zaraz mi minie ten ważny moment i już się nigdy na to nie załapię. Więc zamiast pracować na pierwszy, mały sukces, rozmieniam się na drobne i trwam w oczekiwaniu na odzew z jednej strony. A przecież lepiej jest bombardować sobą świat, tak, żeby się o mnie dowiedział i z uśmiechem na ustach zaproponował coś godnego, co chciałabym robić, czego chciałabym się podjąć. Ale nie chcę popadać z teorii w teorię, nie chcę zamieniać między sobą dwóch różnych założeń, o podobnym podłożu emocjonalnym. Nie będę dla siebie żadnym trenerem, który ma mnie pobudzić do walki, ale też już nie zamierzam z oddaniem dla jednej tylko firmy i oferty pracy, czekać jak bezmyślne ciele. Planu nowego nie mam i nie zamierzam go sobie tworzyć. Wkurza mnie moje planowanie, moje zapisywanie na karteczkach kolejnych punktów, których nie zrealizuję, czego jestem świadoma w trakcie ich pisania. Po prostu chciałabym żyć, cieszyć się tym, co mam, a przecież, o czym wciąż potrafię zapominać, mam bardzo wiele. Czuję, że ta choroba, która mnie męczy od dobrych paru lat jest związana z tym, co złe w mojej rodzinie. Nie będę jednak dążyć do odcinania się od rodziców, już teraz wiem, że nie da się zmienić utartych zachowań, które po nich odziedziczyłam. Jakoś mam dość wiecznego śledzenia swoich błędów i małych wykroczeń, za które wciąż się karzę. Narasta we mnie potężne wkurwienie na mnie samą. Ale nie takie żałosne, że będę pociągać nosem, zaszywać się pod kocem i obrażać na cały świat za to, jaka jestem i że nie potrafię być inna. Już chyba dość mam takiego płakania nad sobą i wymyślania scenariuszy na to, jaka będę super mądra, ekstra śmieszna, mega ładna i w ogóle, i w szczególe. Po chuj mi to wszystko, że tak uwolnię z siebie drzemiące we mnie blokowisko. I z tym blokowiskiem, które nie tylko ujawnia się podczas pisania (od korzeni człowiek się nie oderwie), może uwolni się coś więcej ze mnie. Sama jestem ciekawa. Wkurwienie jest w końcu nie tylko niszczące, może też być bardzo pozytywną siłą. Trzymam się nadziei na to drugie. Marzeń nie mam już co prawda, bo je, brzydko mówiąc, wyjebałam z głowy, ale nadziei się nigdy nie pozbędę. O!
|
Zakładki:
Blogi
Fotografia
Szczecin
|